Śniegowa zadymka
Jest środa wieczorem. Nie zaglądam do kompa, tylko szykuję się na całego. Wcześnie idę spać. Wyjazd planuję nad ranem. Spoglądam do TVN 24 na pogodynkę. W czwartek opady, ale w piątek ma być na Lubelszczyźnie piękne słoneczko. Wyjeżdżam przed piątą i widzę, że droga lekką nie będzie. Kurzy śniegiem. Wybieram dłuższa, ale lepszą drogę. Na miejsce dojeżdżam przed siódmą. Samochód cały biały jakby go mąką ktoś poprószył. Jestem pierwszym wędkarzem dziś na ELDORADO. Od razu graty lokuję w pokoju hotelowym i zabieram się do dzieła. W czwartek zamierzam w dwóch miejscach podnęcić na karpia i łowić tęczaki.
Do obranych miejsc przypuszczalnych zimowisk karpi jest daleko. Śniegu na tafli dużo. Co kilka kroków przystaję i odpoczywam, ale z zadaniem w końcu się uporałem. Wracam po sprzęt pstrągowy i rozkładam się blisko brzegu przy pomoście. To moje dobre miejsce na drapieżnika. Jest tam mnóstwo tęczaka, czasem okoń (taki spory patelniak do 40dkg) zagląda, a do częstych przyłowów zaliczyć można szczupłego. Wykuwam dwie dziury pierzchnią i biorę się za łowienie gumkami.
Żyłkę jednak oblepia zacinający śnieg spadający do przerębla. Staje się to utrapieniem, tym bardziej, że łowię stojąc pod wiatr. Po dwudziestu minutach rezygnuję ze spinna i stawiam pierwszą żywcówkę. Słonecznice wspaniale dziś pracują. Ganiają spławik po całym przeręblu od boku do boku. Tylko muszę czyścić dziurę ze śniegowych kożuchów tworzących się w skutek śnieżnej zadymki.
Jakoś nic nie bierze. Aż dziwne, bo w dwa poprzednie dni podobno drapieżniki zachowywały się jak oszalałe. Jest prawie jedenasta, a tu nic. Na tafli pojawiają się dwaj wędkarze. Nawet dzień dobry nie usłyszałem. Pozdrowiłem i też nic. Jakby mnie nie widzieli.
Wypijam pierwszy haust herbaty z rumem. O jak bosko rozgrzewa. Nagle widzę, iż spławik jakoś dziwnie podryguje i przynurza się w śniegowym kożuchu dziury. Podchodzę podcinam i pudło. Branie było tak anemiczne, że nawet żywiec nie ucierpiał. Idzie z powrotem pod lód. Po chwili znów spławik zanurza się pod wodę. Zamykam kabłąk, podcinam i czuję opór. Na lodzie ląduje taka 70dkg srebrzysta samiczka. Niby nie wiele, ale jestem zadowolony. Wreszcie coś się dzieje. Nie mija pół godziny, a na lodzie ląduje trochę większy samiec.
Robię fotki nie zdając sobie sprawy, że mój aparat to kompletny idioten, bo nawet migawka się w nim zacina. Dobrze, że ja tego od razu nie wiedziałem. Pewnie kosz na śmieci by go nie ominął, a tak w domu obrońcę sobie znalazł. Żona udaremniła zemstę. Takie foty miały być i wszystko diabli wzięli. No, ale wróćmy na lód. Tam przecież nie koniec jeszcze zabawy.
Szykuję drugi zestaw. Gdy jest gotowy widzę, że spławik znika gwałtownie pod lodem. Zacinam, czuję opór i prztyk. Szczupak ściął żyłkę. Natychmiast do wody ląduje świeżo przygotowany zestaw, a ten naprawiam zmieniając przypon. Stawiam go w drugiej dziurze i już po chwili mam delikatne branie. Odczekuję chwilę i widząc przymrużony spławik zacinam. Znów już drugie dziś pudło. Ponownie żywiec ląduje pod lód. Zaraz jest branie i wyholowuję kilowego tęczaka. Mam już dwa, więc ten odzyskuje wolność.
Na lodzie pojawia się młody wędkarz. Wita się i od razu idzie daleko na jezioro. Stojący opodal mrukowie zaczynają się rozkręcać. Powoli nawiązuje się zdawkowa rozmowa. Oni też coś tam złapali. Za przynętę służy im słonecznica zawieszona za pyszczek na mormyszce. Widzę jak jeden z nich kopie po śniegu podskakującą rybę. Szlak mnie trafia odwracam głowę i zaciskam zęby. Toć można było zabić ją, a nie znęcać się.
Następuje przerwa w braniach. Nogi już bolą od ciągłego kucania i wybierania śniegowych powłok z przerębli. Kolejna rozgrzewająca herbatka. Czuję, że mi w brzuchu burczy. No tak przecież z tego wszystkiego zapomniałem zjeść dziś śniadania. Sięgam po kanapki. Och, jakie wydają się w takich sytuacjach smakowite. Zmarznięte, glamdziowate, ale na lodzie smakują niczym schabowy.
Ale właśnie mój posiłek zostaje przerwany, bo równolegle ze mną kolejny tęczak też postanowił coś przekąsić. Zacinam i mam podobnego do tych już leżących na lodzie. Idzie do wody, a ja kończę moje kanapki. U sąsiadów coś się dzieje. Duże poruszenie. Jeden idzie do mnie, a drugi walczy z rybą. Nagle widzę, że wędka się prostuje, a na twarzy maluje się smutek. Tylko rozmowa staje się ożywiona i zdecydowanie milsza.
Okazało się, iż w dziurze wojował spory pstrąg, któremu tylko łeb mieścił się w odwiercie. Chcieli pożyczyć pierzchni do rozbicia otworu, ale pstrąg wyrwał haczyk z mormyszki i poszedł najadłszy się tylko strachu. Złośliwość nie ma granic. Pytam - a ta mormyszka to pewnie nie była od Zbyszka? Odburknął zły - nie. Ja z kolei mam kolejne branie szczupacze i znów żyłka przegrywa z zębami drapieżcy.
Jest już około trzeciej, gdy zahaczam piątego tęczaka. Po wyjęciu go z przerębla, następuje całkowita konsternacja. Moja zdobycz choć w znakomitej kondycji, ma w pysku świeżo obcięty haczyk z żyłką, ale to jest pryszcz gdy oglądam głębokie i rozległe rany na obu jego bokach. Postanawiam go uśmiercić. Od razu widać, że górna szczęka drapieżcy, któremu się pstrąg wyrwał, nie pokrywała się z dolną. To charakterystyczny ślad po dużym zębatym.
Głębokość ran po zmierzeniu sięga miejscami do ponad dwóch cm, a strzępy obumarłej tkanki wiszących kawałków mięśni świadczą, iż walka o życie rozegrała się już kilka dni temu. Po wielkości szczęki oceniamy szczupłego na ponad 10kg. To taki typowy kaczy dziób.
Po czwartej zbieramy się wszyscy z łowiska. Wciąż nie przestaje kurzyć śniegiem Po obiado-kolacji siadam przy piwku z Michałem Żaczkiem (współwłaściciel łowiska) i rozmawiamy na luźne tematy. Wręczyłem mu plakat z kaczuchą i mam obiecane, że zawiśnie w dobrym miejscu. Plakat z czebaczkiem też się podobał. W końcu ląduję w swoim pokoju i o 21 idę spać. Rano przecież ma się zacząć przy słonecznej pogodzie poważne karpiowanie, więc muszę być wypoczęty.
Wstaję po piątej i za oknem widzę dalej przebrzydłe chmury. Wiatr jakby osłabł, ale ciągle wieje. Dalej jeszcze mam złudzenia i ufam w prognozę podaną na TVN. Myślę sobie - jak się rozjaśni to i słonko wyjrzy z za chmur. Rozjaśniło się, ale słońca to ja jakoś dostrzec nie mogłem. Kurzawa tylko się zwiększyła, a wiatr rozpętał w końcu prawdziwą zamieć. Drogi stały się nieprzejezdne. O powrót na razie się nie martwię.
Wściekłość we mnie wzrasta, bo szansa na łapanie karpi z pod lodu jakby powoli topnieje. Wszyscy odradzają mi ten zamysł, gdyż odległość łowiska jest dość znaczna i udzielenie ewentualnej pomocy bardzo utrudnione, bądź wręcz stałoby się niemożliwe.
Po namyśle postanawiam zrezygnować z karpi. Jestem wędkarskim wariatem, ale i każde szaleństwo musi mieć jakieś granice. No cóż moja wędeczka z nie wiedzieć ile tam lbs nie ugnie się z pewnością pod misiaczkiem.
Postanowiłem przedłużyć czas pstrągowania. Łowię z miejsca, gdzie każdy mnie widzi, a i z pewnością usłyszy. Przebijam cieniutką warstwę lodu w moich wczorajszych dziurach i próbuję łowić. Dziś z ledwością tylko na jedną wędeczkę i to z olbrzymim trudem daje się utrzymać, w jakiej takiej przyzwoitości powierzchnię wody w otworze. W końcu wpadam na pomysł i robię parawan ze stołeczka. Osłonięta dziura w lodzie jest zdecydowanie mniej zasypywana śniegiem. Tę walkę ze śnieżycą wygrałem i mam nawet czas by spokojnie wypalić papierosa.
Pierwsze branie partaczę, ale drugie kończy się wygraną. Mały pstrąg ląduje w ręku. Zawieja uniemożliwia odhaczenie. Pomimo iż widać haczyk, nie chcę mordować na tym wietrze ryby i szybko przegryzam przypon. Tęczak znika w lodowatej wodzie.
Przez kolejne godziny nic nie bierze. Spodnie i kurtka są sztywne od warstwy obmarzającego śniegu na materiale. Jak ja jeszcze wytrzymuję, to sam nie rozumiem. Chyba tylko dzięki tej herbacie z rumem. Nawet plastikowy durszlak do wybierania śnieżnych warstw z przerębla łamie się. Dobrze, że mam zapasowy.
W końcu po 13 spławik wyskakuje do góry i wykłada się na wodzie. Szybko upewniam się, że wiatr nie spłatał żyłki i widzę już typowe pstrągowe branie. Spławik szybko skokami zanurza się pod wodą i znika pod lodem. Zamykam kabłąk i podcinam.
W odpowiedzi widzę jak wędka mocno się wygina, a szpula obraca się z prędkością dzisiejszego wiatru. Znikają metry żyłki z niewiarygodną prędkością. Udaje się w końcu powstrzymać atak ryby i teraz ja przechodzę do kontrnatarcia. Powoli udaje mi się odzyskać stracone metry. Widzę już spławik, który wychodzi do góry nad powierzchnię wody, a z głębi pokazuje się cielsko na 30 cali. O rany - krzyknąłem - toć to krokodyl.
Olbrzymi tęczak koło 5 kilo przepłynął i zaatakował ponownie. Już jestem rozgrzany do czerwoności. Takiego pstrąga jeszcze nie miałem na haku. Żeby tylko nie wygrały emocje. Próbuję się skoncentrować. Co ryba wyciągnie parędziesiąt metrów żyłki to znów ją udaje się odzyskać. Walka się przedłuża, ale coraz częściej widuję spławik w przeręblu i co i raz przewala się na moich oczach piękne cielsko.
W reszcie widzę kolejny raz spławik w dziurze i starą sztuczkę. Ryba napina żyłkę i gna pyskiem do góry by walnąć nim w lód i wybić zeń hak. Na takie poczynania każdy wędkarz jest bezradny i może się tylko modlić. Nie mogę zanurzyć szczytówki pod wodę, bo za chwilę zamarznie na przelotkach woda. Mogę jedynie czekać na przebieg wypadków. Żyłka już obciera o spodnią część lodu grubego na 30cm. Nagle stało się najgorsze.
Słyszę tylko świst prostującej się wędki i aż cofam się do tyłu. Żyłka przecięła się o kant lodu. Tylko spławik dziwnym trafem wypływa na powierzchnię oczka. Ze zdziwienia i przeżytych wrażeń nawet nie zakląłem, tylko zacząłem przemawiać do tego olbrzyma, choć z pewnością mnie nie słyszał. Nie mógł się poddać, przecież i tak bym go wypuścił. Co za pechowy dzień. Nie dosyć, że musiałem zrezygnować z poławiania karpi, to teraz jeszcze zrywa mi się taki tęczak. No, ale wrażeń miałem pod dostatkiem, aż się spociłem.
Później mam już tylko jedno anemiczne branie i o godzinie 15 zwinąłem manatki. Dowiaduję się, że praktycznie wszystkie drogi są nieprzejezdne. Co mam począć? Rano mam być w robocie. Zjadłem gorący posiłek popijając rosołem i próbuję jechać okrężną drogą. Przed chwilą ktoś właśnie nią się przedarł. Po dwóch kilometrach widzę naprzeciw porzucony w zaspie pojazd, który skutecznie zastawia drogę. Jakimś cudem udaje mi się nawrócić na hamulcu ręcznym o 180 stopni i wróciłem z powrotem na ELDORADO.
Powiadamiamy Krzysztofa Zaczka o sytuacji. Przyjechał swoją terenówką z wyciągarką linami dynamicznymi i innymi wspaniałościami na tą pogodę. Postanawiamy przebijać się bezpośrednio do Żelechowa. Ściemniło się już na dobre. Momentami uderzam w tak duże zaspy, że reflektory całkowicie toną w śniegu, a kurzawa zalepia szybę.
Na wyczucie tylko kontruję kierownicą i znów mój partner na chwilę wychodzi na powierzchnię śniegu, a ja odzyskuję nad nim pełnię kontroli. Jak mi się udało w tym śniegu nie zakopać, w dodatku na letnich oponach to do teraz się dziwię.
Może działała świadomość, ze nie jestem sam i mogę liczyć na przyjacielską pomoc. Tu w tym miejscu muszę jeszcze raz podziękować rodzinie Zaczków za ofiarną pomoc. Z Żelechowa droga była już znośna i o godz.20 znalazłem się w domu.
Tak zakończyła się moja wędkarska przygoda w śniegowej zadymce.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski
– Komentarze –