Złudna fascynacja
Lata dziewięćdziesiąte przyniosły do naszego kraju mnóstwo nowinek. Przeciętny wędkarz (do których i siebie zaliczam), przeżył prawdziwy szok w możliwościach zakupów, coraz to nowszego i bardziej wymyślnego, a często wręcz dziwacznego sprzętu jaki począł zalewać nasz rynek.
Wraz ze sprzętem dotarły do nas nowe wymyślne techniki połowów. Wydawać by się mogło i tak na początku myślałem, że ta nowa era po upadku realnego socjalizmu, to raj dla wędkarzy. Wszystko można kupić i wszystkiego można się dowiedzieć z różnego rodzaju kolorowych miesięczników wędkarskich, czy też kaset wideo.
Zaczęliśmy nadrabiać stracony czas minionych lat i wchłaniać całą tę wiedzę jak gąbka wodę. Fascynacja nowinkami niemalże nie miała końca. Wszystkie te cuda, co to kiedyś można było dostać tylko w Pewexie, teraz leżą na półkach niemal w każdym sklepie. Reklamy widoczne na każdym kroku naszego wędkarskiego życia zachęcają do kupna.
U niektórych to zauroczenie trwa nawet do dzisiaj mimo, że upłynęło już piętnaście lat od wprowadzenia tej wolnorynkowej amerykanki. Jednak zdecydowana część wędkarzy dosyć szybko się otrząsnęła z tego amoku fascynacji i zorientowała się, iż wraz z napływem mnogości towarowej, kraj zalały również buble, szmira i nic nie znaczące z wędkarskiego punktu widzenia świecidełka.
Przestaliśmy zachwycać się ilością łożysk w kołowrotkach, a zwracamy baczniejszą uwagę na faktyczną ich użyteczność i przydatność w metodzie połowu do jakiej chcemy przeznaczyć. Staliśmy się mniej czuli (albo wręcz obojętni) na natrętną reklamę nie mającą nic wspólnego z rzeczywistością. Dziś z uśmiechem patrzymy na atletę próbującego zerwać żyłkę z dopiskiem prędzej ci serce pęknie. Tu większość z nas szybko się otrząsnęła z tego amoku i dziś potrafi chłodnym okiem ocenić, co tak faktycznie z tego sprzętu jest w miarę dobre i przydatne, a co stanowi szmirę niepotrzebną nikomu, zalegającą półki, którą należy omijać szerokim łukiem. Szybko nauczyliśmy się odróżniać sprzęt dobry od bubli.
Natomiast zupełnie inaczej rzecz się ma z naszym zafascynowaniem nowymi technikami i rozwiązaniami połowowymi. Tu do dziś w różnych piśmidłach ukazują się przedziwne rozwiązania, skomplikowane węzły, zestawy, przynęty i Bóg wie co jeszcze. Wielu porzuciło starą szkołę wędkarską zarzucając i zapominając dobre, proste i skuteczne rozwiązania, na rzecz nowych pomysłów, idei i wymysłów. Niektórych pochłonęło to bez reszty i opamiętania do tego stopnia, że nie potrafią już normalnie prosto i zwyczajnie łowić. Wszystko muszą udziwniać i utrudniać.
Przez pewien czas sam byłem wcale nie lepszy i też popadać zacząłem w tą absurdalną bzdurę. Na szczęście minęło mi to i mam nadzieję bezpowrotnie. Ale u wielu zachwyt tymi pomysłami wędkarskimi nie minął. No bo jak tu nie wierzyć w jakieś rozwiązania, gdy przedstawia je znana postać z wędkarskiego świata, powszechnie uznana za autorytet, a w niektórych kręgach nawet za wyrocznię.
Nie twierdzę, że wszystko co się nowego pojawia jest złe i do dupy. Wręcz przeciwnie. Jednak sztuką jest umiejętność oddzielenia ziarna od plew, a więc odrzucenia złych rozwiązań, gdy na okrągło zalewa nas fala głupoty. Jak trudna to sztuka niech świadczy fakt, iż zdarza się nawet autorytetom bezwiednie ulec fascynacji i jakiemuś zmiłuj się Boże rozwiązaniu. Nawet na poważnych wędkarskich portalach, jak się łatwo można zorientować, też widnieją takie kwiatki, przedstawiane czasami dla żartu, ale niestety czasem z wielką powagą.
Dlaczego o tym mówię i do czego dążę. Do napisania tego tekstu zmusiło mnie parę listów i fakt, że z powodu choroby przejrzałem trochę już pożółkłych miesięczników z ubiegłych lat. Cóż ja nowego i w ogóle z tej lektury się dowiedziałem. W zasadzie nic nowego, tylko stare problemy wróciły jak bumerang.
Z listów znanych karpiarzy mogłem nabrać przekonania, że karpia to się nie da złapać inaczej, jak tylko i wyłącznie na kulkę proteinową zawieszoną na włosie, a inne metody są tylko sprawą przypadku w połowów tej ryby. Dowiedziałem się, że tylko metoda włosowa pozwala na płytkie zacięcie karpia i resztę sposobów należy zaniechać, bo są niewłaściwe. Na nic nie pomogły moje wyjaśnienia, gdyż rozmówcy nie dopuszczali mojej argumentacji pod rozwagę, w całości ją odrzucając.
W pismach udało mi się nie jako w wielu wypadkach znaleźć potwierdzenie na stawiane tezy moich rozmówców, a jak by tego było mało, znalazłem wiele skomplikowanych i przedziwnych sposobów na przygotowanie zestawów, a raczej dziwolągów, że początkującemu wędkarzowi narobić może to tyle zamętu w głowie, iż nie będzie wstanie otrząsnąć się z tego przez ładnych parę lat.
Widziałem i takie zestawy gruntowe i spławikowe, że nawet wędkarz z niewielką praktyką jest wstanie stwierdzić daleko idącą głupotę przedstawianą na rysunkach. Z góry widać i to bez większego pomyślunku, iż zestawy takie muszą się splątać przy większości czynności posyłania ich do wody. Oczywiście obok tych bohomazów widnieje uśmiechnięta mordka wielkiego z wielkich autorytetów, dla uwiarygodnienia proponowanych rozwiązań. To znany i dość powszechnie używany chwyt reklamowy. Śmiem twierdzić, że Ów nawet nie wysilał się, by coś takiego przećwiczyć, bo na głupiego nie wyglądał. Ale strona zapełniała obficie objętość piśmidła, z pewnością ku radości redakcji.
Pamiętam, że kiedyś próbowałem nawet zawiązać jakiś skomplikowany zestaw i po paru minutach doszedłem do jakże olśniewającej myśli, że po cóż mam wyważać otwarte drzwi i utrudniać sobie życie. Z biegiem czasu przestałem ulegać tej anglikomanii (bo stamtąd głównie przychodzą do nas te karpiowe i nie tylko wariacje) i wróciłem do dawnych metod. Wygrzebałem w pamięci stare sprawdzone Ojcowskie rady i przekazywaną wiedzę wędkarską.
Pozbyłem się jakichkolwiek kompleksów i dziś po prostu zamiast tracić czas na niczym, łowię ryby. Nie twierdzę, że w czambuł won z kulkami, ale stosuję je wtedy gdy staje się to uzasadnioną koniecznością. Nie twierdzę, że doczepiwszy podkarmiacz do spławikówki nie złapiemy ryby. Nie twierdzę, że na bat 11m. nie złapiemy uklejki z bliskiej 3m. odległości. Nie śmiem twierdzić, że na jakąś wymyślną i udziwnioną przynętę spinningową nie złapiemy krokodyla.
Tylko po co utrudniać i komplikować zestawy oraz życie, jak można łowić normalnie bez udziwnień. Obecnie czas zachwytu i bezkrytycznej fascynacji mam już za sobą i dziś z wielkim sceptycyzmem podchodzę do wszelkich super nowości i nowinek. W przygotowywanych zestawach dążę do jak najprostszych rozwiązań, które czasem wręcz szokują ludzi ogarniętych chorobą anglikomanii. Ja jednak twierdzę, że te najprostsze i najmniej skomplikowane sposoby, są kluczem , czy wręcz panaceum na sukces.
Nie poddawajmy się bezkrytycznie temu wszystkiemu co nam proponują, ale starajmy się na te wszystkie propozycje spojrzeć chłodnym okiem i na spokojnie, bez fascynacji, ocenić czy pomysł jest godny przemyślenia i stosowania, czy wsadzić go do kręgu bajek o żelaznym wilku. Unikniemy wówczas rozczarowań i niepotrzebnych stresów.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski
– Komentarze –
Dopisz swój komentarz