| | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | |


Strona Główna



Rybiografia



Łowiska



Siedliska Ryb



Metody i Techniki



Karpiowanie



Sprzęciarsko



Przysmaczanie



Przepisy Prawa



Ratujmy Ryby



Opowiadania



Bibliografia



Kuchnia



Foto Galeria



Batymetria



Forum



Kontaktowalnia



Księga Gości



Lake Fishing Club



Linki Wędkarskie



Linkownia




Kuchnia Rybna

Znasz smakowite potrawy z ryb? Możesz się tym podzielić z innymi. Napisz do nas, a zamieścimy przepis na stronie.


Przysmacz Rybkom

Masz wypróbowane prze- pisy zanęt, czy przynęt i chciałbyś podzielić się tym z innymi? Napisz do nas, a my je opublikujemy tu na stronie.


Łowiska Jeziorowe

Jeśli znasz ciekawe ło- wiska i zechcesz się tym podzielić z nami, prześlij opis, a opublikujemy.


Sprzętowo

To nowy dział zawierający opinie, recenzje i pomysły związane ze sprzętem wędkarskim. < więcej >


Linkownia

W linkowni możesz zna- leźć ciekawe i darmowe programy wędkarskie.
< więcej >



Piątek, niekoniecznie trzynastego  

W poruszanych przez wędkarzy tematach, często pojawia się ten dotyczący naszych żon, a ściślej mówiąc, jak nasze małżowinki reagują na nasze wędkarskie wariacje i jak wyrażają to werbalnie. Wszystkie tego typu opowieści zazwyczaj odbieram z nieukrywanym uśmiechem na twarzy i przymrużeniem oka, bo czasem niesamowite opowieści jak mi się wydawało, to tylko żarty i to takie bardzo dalekie i nieznajome mojej rzeczywistości. Jakże się myliłem.

Ale od początku. W czwartek zaplanowałem, że piątek spędzę na lodzie przy dziurze. Metoda też była określona i padło na kolano oko. Wstałem rano w piątek i o dziwo moje słoneczko oznajmiło mi, iż kawusia już dymi w szklance. To dobry początek myślę sobie. Nie będzie protestów. I nie pomyliłem się. Wyjrzałem za okno, a tu pochmurno szaro jakoś tak byle jak. Za oknem już jednak słoneczka nie dostrzegam, a termometr wskazuje minus 100. Gałęzie wprawdzie nie kołysze wiatr, ale ogólnie pogoda nie robi pozytywnego wrażenia.

Myślę sobie - wypiję kawę i wszystko będzie jak trzeba. Poranna toaleta wykonana, kawa wypita, wiertło i pierzchnia w pełnej gotowości bojowej, plecak załadowany tysiącami świecidełek i nawet wędki błyszczą przyjaźnie czekając na uzbrojenie. Wyglądam za okno w nadziei, że zobaczę coś równie radosnego jak moja duszyczka, a tu białe g...o z nieba leci.

Wrrrrrr, to już mnie poniosło. Łapię za pilota i włączam TVN24, żeby zobaczyć pogodę. A tu zamiast pogody pokazują gipsownię i zaśnieżone chodniki. Nagle jakiś strażnik miejski klepie coś o trudnościach wlepiania mandatów dozorcom, co nie odśnieżają posesji. A wlepta mandat tym z góry, co sypią na dół tym puchem. Dozorców się czepiają. To przecież wina tych z góry, oni rządzą tym co nam na łeb leci. No ale w końcu jest mapa i chmury jakoś omijają nasz kraj to myślę sobie zaraz się rozjaśni i polecę może chociaż na trzy godzinki.

Hmm... do południa się nie rozjaśniło, a ja wciąż czekam na moment, gdy będę mógł wcisnąć wędkarskie wdzianko na siebie. Ale śnieżyć nie przestało i pozostałem wdziany w codzienne ciuchy i zrezygnowany już nie oczekuję żadnej poprawy za murami domu. Biorę do rąk niedawny nabytek w zielonej okładce i postanawiam poczytać trochę jak to w swym nowym wydaniu Andrzejczyk wojaży na Mazurach. Wydawałoby się, iż do końca dnia już nic się nie wydarzy. Aż tu po dwóch stronach czytanki wpada do głowy iście szatański pomysł. Nie można iść na ryby, ale do wędkarskiego czemu nie. Jak tu wytrzymać gdy się czyta o woblerach Rapali. Trzeba je po prostu kupić.

Zagaduję swą lubą:
- Dałabyś parę groszy, to zobaczyłbym co w sklepie słychać.
- A gdzie chcesz iść? - pyta i widzę jak myśli jej krążą koło supermarketu.
- Do wędkarskiego - szybko odpowiadam by wyprostować jej w głowie niezdrowe skojarzenia.
- A ile byś chciał? - i zaraz dodaje - a swoich nie masz?
Również szybko, a może nawet gwałtownie zaprzeczam miną i kiwając głową. Licząc na dalsze uczucia jakie okazała przecież serwując poranną kawę, jestem pełen nadziei. Ale tym razem się pomyliłem. Widzę jak jedno oko przymruża, palcem biorąc powiekę drugiego w dół, wypowiada pytanie - A czołg tu widzisz, widzisz jak jedzie? Próbuję jeszcze zażartować, że wieczorem mogę jej jeszcze podarować lufę do tego czołgu, ale jakoś widzę, że minę ma nie tęgą. W końcu wysłuchuję jaki to jestem krwiopijca i egoista, że tylko o swoich wędkach myślę i ile to kasy wydaję na te wszystkie drobiazgi. Wydaje mi się, iż poznałem w tym momencie na czym polega werbalne okazywanie swych odczuć płynące z tej piękniejszej połowy naszego gatunku. Można wtedy dowiedzieć się o wszystkich aspektach wędkarstwa, tylko nie o tych, które są nam bliskie.

Ale ponieważ znosiłem spokojnie wszystkie jej wyrzuty, to i w końcu ujrzałem w jej ręku kolorowe papierki, które można zamieniać na konkretny sprzęt. Za dużo tego nie ma, ale ... Szybciutko znikam z domu i odjeżdżam w wiadomym kierunku. Za skrzyżowaniem zatrzymuję się i sięgam do kolejnych kieszeni. Szeleszczę tym co udało się z nich wydostać, przeliczam i dokładam do portfela do tych co wycyganiłem w domu. Co było w sklepie to już nie przynudzam, bo każdy te opowieści zna. Nie odbiegało to od normy każdego przeciętnego wędkoholika.

W drodze powrotnej zaczynam się zastanawiać, jak to co nabyłem, przemycić niepostrzeżenie do domu. Znów trzeba się zatrzymać. Telefonuję do syna z pytaniem - kiedy będziesz u nas? - i słyszę w odpowiedzi za parę minut, właśnie jadę. Proszę syna by poczekał w samochodzie na mnie na parkingu. Dzielę rzeczy na dwa pakunki i jadę co auto wyskoczy. Taka gratka może się już nie powtórzyć. Na parkingu przemycam jeden pakunek do jego wózka, a drugi biorę w rękę i idziemy do domu. Syn zanosi się od śmiechu, ale po chwili cichnie, gdy słyszy moją reprymendę - śmiej się śmiej, zobaczysz niebawem jak się będziesz śmiał, jak Ci Twoja dokręci śrubę.

Wchodzimy do domu, a moje słonko udaje bardzo zaciekawioną co też tam mam, co też kupiłem za te pochowane moniaki. Ale ja tym razem jestem przygotowany wzorowo. Same drobiazgi z dobrze naklejonymi cenami, których suma nie przekracza otrzymanej od żonki kwoty. Widzę minę zdziwienia. Ale już po chwili chytry umysł coś knuje i słyszę - Dałbyś swój samochód, to pojadę po zakupy, więcej się na raz zmieści i nie będę co chwila biegać po drobiazgi. Już wiem co się za tą niewinną myślą kryje. Zaraz sprawdzi czy w bagażniku czegoś nie ukryłem. Sprytna bestia, ale ja na ten wybieg byłem dziś też przygotowany i jakby nigdy nic zgadzam się bez wahania.

Myślę sobie - teraz ja Cię mam. Pojedziesz, bo trochę głupio inaczej, to ja przemycę resztę już nie drobiazgów do domu. Tylko upewniłem się, że odjechała, a od razu wcieliłem plan swój w życie. Beztrosko zapominając o bożym świecie i uciekającym czasie oglądamy z synem zakupione cacka. Właśnie przewijaliśmy kolejną szpulkę żyłki, gdy otwierają się drzwi i wchodzi moje słoneczko. Na stole woblery, w rękach kołowrotki i przewijana żyłka, dookoła ogólny wędkarski "porządek", a na mnie patrzą duże przerażone oczy i słyszę - Wiedziałam, że nie wszystko mi pokazałeś; gdzieś to schował, że nie zauważyłam. Guzik się dowiesz - myślę sobie - syna nie zdradzę, bo się następnym razem nie zgodzi przetrzymać zakupy.

No cóż, mimo przemyślanej akcji kamuflażu i tak się wydało. Teraz kończąc przewijać żyłkę musiałem znieść jej wzrok i wyrażające politowanie spojrzenie z kiwaniem głową. Myślę sobie nie jest tak źle, jak nie gani, tylko po cichutku przygląda się na moje wędkarskie zabawki. Gdy tylko skończyliśmy przewijać żyłkę, wszystko sprzątam i chowam do szafy, żeby dalej niepotrzebnie nie drażnić.

Zjedliśmy obiad i jakoś mnie nie obleciało, więc będąc w dobrym humorze zabrałem się do pozostawionej przed wyjazdem książki. Wypad na lód nie wypalił, ale zakupy się udały. Moja w końcu na razie sobie odpuszcza, bo zdaje sobie sprawę, iż dzięki sytuacji, przywiozła co jej było potrzeba na raz na cały tydzień. Ticósiem nie byłoby to możliwe. No i wydawało się, że wszystko wróciło do normy, zaistniała niemal istna sielanka. Tak wydawać się mogło do póki nie przerwał tej błogości dzwonek do drzwi i moja poszła je otworzyć. Poczta - słyszę - przesyłka dla pana Bolesława ...

W tym momencie przypominam sobie, że w sklepie internetowym zamówiłem trochę zanęt do moich doświadczeń. Szybko bez wielkiego namysłu mówię - odbierz kochanie, bo rozmawiam na gadu gadu. Przecież nie mogłem iść po tę paczkę, bo już byłem goły jak święty turecki. Żona odbierze, to i zapłaci - pomyślałem. Zapłaciła. I to dopiero teraz odbyłem lekcję, co to znaczy werbalne wyrażanie kobiecych myśli i skojarzeń.

Teraz dopiero dowiedziałem się ile to od ust będzie musiała sobie odjąć za te moje zanęty. Teraz dopiero dowiedziałem się ile to różnych ciuchów za to można by kupić. Jak zaczęła wyliczać to na bank nie starczyłoby na upchnięcie tego wszystkiego nie tylko jej Tico, ale nawet mojego Partnera. Przecież za te dwie stówy to mogłaby po najwyżej kupić dwie pary dobrych fig. Ale czy przyjdzie to do tej kochanej, ale rozłoszczonej głowy? A skądże znowu. Nawija i końca nie ma. A to jaki ja jestem bezmyślny żeby tyle kupować tych rzeczy, albo znów tymi kieckami mnie katuje. Przecież to już są ilości, którymi może się poszczycić niezła hurtownia. Czy ją chrypa nie złapie, albo gardło nie zaboli od tej niekończącej się gadaniny?

Nagle jej pastwienie się nad biednym mężem przerywa dzwonek do drzwi. Oboje myślimy o tym samym. Tylko ja z przerażeniem, a ona z nieukrywaną wściekłością. Czyżbym zapomniał, że jeszcze coś zamawiałem? Czyżby to kolejna wędkarska przesyłka? Przecież jeśli teraz przyszła kolejna jakaś paczka z zanętami, to z całą pewnością roztrzaska ją na mojej biednej głowie, a zsypujące się składniki zmienią wygląd wędkoholika na przypominający bardziej młynarza. Słyszę głos jej psiapsiułki. Ufffff spuściłem powietrze z klaty. Chyba pierwszy raz ucieszyłem się, że to nie jest na ten przykład przesyłka z Moselli.

Wychodzą pobiegać by zrzucić swe wałeczki. Boże jaka cisza zapanowała, aż w uszach dzwoni. Po powrocie z tych harców przeglądają się przed lustrem, wdzięczą i podziwiają ile schudły. Hehehe i tak potem mają takie apetyty, że wcinają kolacje z taką zapalczywością, iż raczej im przybywa niż spada z wagi. Ale tym razem, to chociaż mnie na dobre wyszły te ich sportowe eskapady.

Na rybach nie byłem, a przeżyć i adrenaliny jakbym krokodyla ciągnął z pod lodu. Dobrze, że się już ten piątkowy dzień zakończył.

Bolesław "Wędkoholik" Michalski


– Komentarze –


Dopisz swój komentarz
w razie potrzeby możesz skorzystać z pomocy i objaśnień

autor :
email :
Wpisz komentarz:


Jeżeli chcesz zrezygnować, jeszcze możesz.

Każdy ponosi odpowiedzialność za treść umieszczanych przez siebie komentarzy. Zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarzy sprzecznych z ideą wędkarstwa, działających na jego szkodę, niezgodnych z prawem oraz wulgarnych. Natomiast mile są widziane wpisy o tematyce wędkarskiej.

>>GÓRA<<


Wędkoholik
POLECA









Ratujmy Szczupaka

Na adres redakcji Wędkarstwa Jeziorowego wpłynął komunikat Salmo Fishing Clubu. Zamieś- ciłem go w części poświęconej ratowaniu tego gatunku. Przeczytaj- cie i skontaktujcie się z SFC. Nie bądźcie obojętni na sprawę


Ratujmy Ryby

W polskich wodach w zas- traszającym tempie maleje rybostan. Niektóre gatunki są poważnie zagrożone. Przyczyn jest wiele. I choć ryby głosu nie mają, czas najwyższy by przemówiły naszym wędkarskim dzia- łaniem. Nie bądźmy obo- jętni na sprawę.


Karpiowanie

W związku z narasta- jącym zainteresowaniem wędkarstwem karpiowym, założyliśmy niezależny portal Karpiowanie. Serdecznie zapraszamy do uczestnictwa w życiu portalu o karpiowaniu.


Nowości na stronie

Jeśli chcesz zobaczyć co nowego ukazało się na stronie, zajrzyj tu.


Lake Fishing Club

We wrześniu powstał kole- żeński klub wędkarski. Wspólne wędkowanie i wymiana doświadczeń to nasz cel. < więcej >


Dziś mamy
Copyright © 2003  Bolesław"Wędkoholik" Michalski