Na Trzepaczkę
Witam wszystkich śmiertelnie zakochanych w wędkarstwie.
Moja 30 letnia historia wędkarska zaczęła się bardzo przypadkowo. Po studiach na AGH miałem inne zainteresowania i wędkarstwo jak wielu innych ludzi uważałem za bardzo nudne zajęcie. Pod koniec lat siedemdziesiątych kiedy to zwolniłem się z państwowej pracy i poszedłem „na swoje” pozostała mi znajomość ze starszym o kilka lat znajomym pasjonatem wędkarstwa spinningowego. On też postanowił po wielu próbach pasować mnie na wędkarza. Ponieważ byłem wtedy właścicielem warsztatu często przyjeżdżał do mnie z różnymi sprawami. W tych czasach nie było jeszcze takiego sprzętu i akcesoriów wędkarskich jak obecnie. Ze starych znajomości z kolegami z kopalni korzystałem z dostępu do sklepów górniczych , gdzie jak na ówczesne czasy tam był wspaniały wybór (i nie było podróby i chińszczyzny jak obecnie). Razem z Waldkiem, bo tak miał na imię mój znajomy, robiliśmy formy do wytłaczania skrzydełek i praktycznie oprócz kotwiczek to woblery, wirówki i wahadłówki to było nasze dzieło, a właściwie dla mnie
arcydzieło.
Pomału zaczęło mnie to wciągać, bo przecież trzeba było te cacka testować. Zdobyłem się na to, że wybudowałem sobie na swojej posesji sadzawkę 10x10x1,5 m aby przeprowadzać „symulację”. No i zaczęło się. Pamiętam pierwsze kłótnie z żoną, że nie dość, że sam to jeszcze dziecko wciągam w tą „idiotyczną zabawę”. Ala nic to, przeszło, minęło. Po pierwszych sukcesach na najbliższych wodach i ciekach, zaczęliśmy jeździć dalej. To były dobre czasy dla wędkarstwa. Po wykupieniu „krajówki” prawie wszystkie wody leżały u naszych woderów. Zaczęliśmy jeździć, Soła, Skawa, Dunajec oraz Orawa w Jabłonce. Ta ostatnia najbardziej, mimo że najdalej, przypadła mi do gustu. Rzeka była niesamowicie rybna. Dochodziło do tego, że jak ryby wychodziły z jeziora Orawskiego po Czeskiej stronie do rzeki, to miejscowi kasarami wyławiali je na furmanki. Potem Czesi zmądrzeli i po swojej stronie, po obniżeniu stanu wody na zbiorniku, zagradzali rzekę potrójnymi sieciami. Niemniej ryb było i tak
bardzo dużo. Brało się co dziesiątą albo i mniej.
Tam spotkaliśmy jeszcze jednego zapaleńca, który jak pojechał tam raz na ryby, to tam już został, a nawet się ożenił z wędkarką. On nas nauczył wielu ciekawych spraw. Np., że klenia należy zaraz po złowieniu zabić wtedy jego mięso jest nieporównywalnie lepsze, nie mówiąc po uwędzeniu. Tam też od niego nauczyliśmy się łowić „na dotyk” a jak miejscowi to nazywali „na trzepaczkę” . Jest to metoda łowienia, której nie można zaliczyć do połowu ryb przy powierzchni. Podczas łowienia dotykamy delikatnie przynętą powierzchni wody i w ten sposób prowokujemy ryby do brania, „Na trzepaczkę” można łowić wszystkie ryby, które nawet tylko okresowo żerują pod powierzchnią wody, a w szczególności kleń, jelec, jaź, boleń, lipień, pstrąg (oba te gatunki w wodach niepstrągowych!), a także płoć i wzdręga. Bywa, że nie pogardzi też karp czy okoń ale mnie to się nie przytrafiło. W wodach pstrągowych „trzepaczkę” można stosować wyłącznie!!!! ze sztuczną muchą.
„Na trzepaczkę” najlepiej łowić w słoneczne dni, kiedy ryby się wygrzewają w słońcu, lub przed deszczem kiedy nisko nad woda latają owady. Jeden warunek. Brzegi muszą być porośnięte krzakami lub wysokimi trawami (uwaga na kleszcze), z których często do wody opadają owady. Chodzi także o ukrycie się wędkarza przed czujnym okiem ryb. Do tego łowienia najlepsze jest wędzisko min 5m z kołowrotkiem . Wędzisko trzymamy w ręku, a żyłkę z przynętą opuszczamy na powierzchnię, aby przynęta dotknęła wody. Sukces to zdziwienie i zaskoczenie ryby. Na haczyku znajduje się martwa lub żywa przynęta, lub sztuczna mucha. Do wody zbliżamy się ukradkiem i w dogodnym momencie , kiedy mamy dla żyłki odpowiednią ilość miejsca wypuszczamy ją z ręki aby zwisała nad wodą, Wtedy obniżamy wędzisko aby przynęta dotknęła wody. Musimy być przygotowani w każdej chwili na bardzo gwałtowny atak ryby. Hol zależy od warunków łowiska, i od sprzętu jakim dysponujemy. Dobrze jest wcześniej wizualnie obrać sobie miejsce
ewentualnego lądowania aby nie stracić „ryby życia”. Po ewentualnym wyciągnięciu ryby musimy zmienić miejsce przynajmniej na 1godz. Zauważyłem, że ryby raczej uciekają w górę rzeki (nie bardzo wiem dlaczego) tak, że ja zawsze zmieniam miejsce „trzepaczki” w dół. Mimo trudnych warunków połowu oraz delikatnego sprzętu lepiej mieć ze sobą podbierak (ja go nie zawsze miałem, a szkoda).
Przeważnie tą metodą łowimy klenie i jazie, wystarczają wówczas haczyki 8-12 i żyłka 20-22 (ze względy na trudne warunki ). Jako przynęty używałem wszystkich dostępnych owadów na łowisku ze wskazaniem na kowaliki i skakuny (koniki polne). Jak chodzi o sztuczne muchy, to są w tym temacie lepsi fachowcy i nie będę się wypowiadał.. Moje osiągnięcia tą metodą na Orawie i Sole w latach 80-tych to około 60 dużych kleni z tego15 szt. 65-69 cm . Obecnie uprawiam inne metody połowu ze względu na mniejsze pogłowie ryb, ale o tym kiedy indziej, jeżeli ten artykuł się spodobał
Pozdrowionka Jarosław
„Można dawać rady, ale nie można nauczyć postępowania”
– Komentarze –