Moja Rodzinna Rybiografia
Trochę
o tradycjach i historii
Nasze
wędkarskie tradycje rodzinne sięgają odległych czasów, bo gdzieś początków XX
wieku. Wówczas trudno było mówić o jakimś zorganizowanym wędkarstwie w Polsce.
Reguły wędkarskie były raczej przekazywane wzajemnie przez wędkarzy i należały
raczej do formy ustnego przekazu moralnych postępowań i wiedzy wędkarskiej niż
do zapisanych przepisów i zasad. Książek było jak na lekarstwo, a czasopism w
ogóle nie było. Towarzystwa wędkarskie należały do rzadkości, a samo wędkarstwo
nie było jeszcze w społeczeństwie traktowane poważnie jako hobby i nie miało nic
wspólnego z rekreacją na skalę masową. Wędkarstwo było pasją nielicznej grupy
ludzi.
W
owych czasach wędkarstwem zaraził się mój Dziadek. Jako mieszkaniec Warszawy wędkował
na wodach znajdujących się w granicach miasta i w jego pobliżu.
Z przekazów
rodzinnych wiem, że między innymi swe przygody wędkarskie i spotkania z rybami
przeżywał w Pomiechówku, Czerwińsku, Kazuniu, na Jeziorach Góra, Dziekanowskim,
Kamionkowskim, Wilanowskim, Czerniakowskim, Powsinkowskim i na fortach na Woli.
Do spotkań z bracią wędkarską najczęściej dochodziło przypadkowo nad wodą. Nie
było wówczas jeszcze żadnych towarzystw wędkarskich w stolicy. Praktycznie dopiero
na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych zaczęły powstawać towarzystwa wędkarskie.
W stolicy powstało wówczas Warszawskie Towarzystwo Wędkarskie, którego jednym
z założycieli był mój Dziadek - Antoni Michalski.
W
tym czasie mój Ojciec Włodzimierz był już aktywnym i przesiąkniętym nałogiem wędkarstwa
dzieckiem. Jeździł z Dziadkiem na wędkarskie wyprawy na w/w łowiska. Wzrastał
w otoczeniu wielkiego poszanowania i uwielbienia przyrody. Wędkowanie było sposobem
na życie, pełne spotkań i umiejętności współżycia z otaczającą dziką wówczas przyrodą.
Nawet
wymienione warszawskie wody wyglądały zupełnie inaczej. Dla przykładu podam, że
jeziorko Kamionkowskie sięgało pod mur zakładów wysoką skarpą, a bulwaru nie było.
Panowały w nim głębie od 7 do 11m.
Takim
pamiętam je jeszcze ja, a z opowiadań Ojca pamiętam również, że na Kamionkowskim
łowił z Dziadkiem karpie od 15 kilo wzwyż. Za sprawą mych przodków padały wspaniałe,
nierzadko 3kg liny na Jeziorze Góra, na fosie fortów i Jeziorze Czerniakowskim
i Powsinkowskim. Na Wilanowskim i Czerniakowskim łapali piękne
szczupaki i
sumy.Dziadek zmarł bezpośrednio po
zakończeniu działań wojennych.
Po
wojnie Ojciec był już w pełni ukształtowanym wędkarzem o zdrowym kręgosłupie moralnym
i sporym zasobie wiedzy kunsztu wędkarskiego.
Ojciec pozostał w szeregach
Warszawskiego Towarzystwa Wędkarskiego. Po sławetnym dobrowolnym, ale bezalternatywnym
wcieleniu WTW do nowej organizacji utworzonej przez komunistycznych działaczy
według poleceń polit biura "naszej partii", stał się członkiem PZW.
Warszawskie
Towarzystwo Wędkarskie zostało wcielone do PZW jako tzw. warszawska jedynka. Na
początku koło tworzyli byli członkowie WTW i ich koledzy. Pozbawieni jednak wszelkiej
praktycznej władzy decyzyjnej i finansowej, spadli na margines działań PZW, a
później koła, jako sobie tylko znana grupa wędkarzy.
Pamiętam
jeszcze spotkania kolegów Ojca, ich wspólne rozmowy pełne serdeczności, wędkarskich
wspomnień i opowieści. Dziś już pewnie niewielu żyje pamiętających czasy przynależności
do WTW. Jednak pamiętam również dzień mojego egzaminu na Kartę Wędkarską. Mimo, że egzaminatorów i Ojca
łączyły przyjacielskie stosunki, to napociłem się strasznie, bo musiałem wypaść jak najlepiej, a rgzaminatorzy byli
surowi, tak samo jak w stosunku do każdego innego. Ojciec też się spocił, bo nie mógł być pewny decyzji komisji. Uff
naszczęście byłem dobrze przygotowany i nie zawiodłem "Staruszka".
Bolesław "Wędkoholik" Michalski
Moja
Rybiografia
Ja wychowywałem
się w czasach PZW, ale mogę powiedzieć, że całe uwielbienie dla wędkarstwa zaszczepił
mi Ojciec. On też nauczył mnie szacunku dla ryb, poszanowania przyrody i umiejętności
jej obserwacji. Dał mi podwaliny, a następnie pełnię wiedzy kunsztu wędkarskiego.
I choć dziś nadal z chęcią i zadowoleniem wciąż poznaję nowe możliwości i techniki
wędkowania, to mojemu Ojcu zawdzięczam cały dzisiejszy entuzjazm, zapał i umiejętność
łowiecką.
Można
powiedzieć, że po rodzinie, wędkarstwo stało się dla mnie wszystkim, co wypełnia
moje życie. Każdą chwilę wolną poświęcam, w ten, czy inny sposób, wędkarskiemu
hobby.
Moje
kontakty z wędkarstwem zaczęły się bardzo wcześnie. Od czasu narodzin rodzice
zabierali mnie zawsze ze sobą na wszelkie wyjazdy na łono natury. Gdy miałem 1,5
roku już uczestniczyłem w wojażach wędkarskich. Wprawdzie wówczas to tylko w nosiłkach
u Ojca na plecach, ale ponoć już wówczas żywo interesowałem się wędkarstwem. Gdy
zarzucany przez Ojca zestaw wędrował przed moimi oczami ożywałem. Siłą rzeczy
miałem spławik na żyłce i przynętę na haczyku przed sobą. Machałem rękoma chcąc
złapać żyłkę z zestawem. Ponoć mocno się koncentrowałem i nie mogąc złapać denerwowałem.
Siedząc z Mamą na kocu lubiłem pogrzebać w wędkarskim plecaczku i bawić się spławikami
z kory topolowej oraz blachami wahadłowymi, oczywiście pozbawionymi kotwiczek.
Lubiłem patrzeć jak Ojciec łowi rybki, choć z pewnością niewiele jeszcze z tego
rozumiałem. Ale widać było od razu czym skorupka za młodu nasiąka.
Wzrastając
wyszedłem z nosiłek i począłem czynić próby naśladowania moich przodków. Musiało
to wyglądać komicznie dla otoczenia. Pomimo, iż wędzisko było skrócone o jeden
skład, trzymając je przed sobą odchylałem się do tyłu by utrzymać równowagę. Miałem
zaledwie trzy lata, gdy po raz pierwszy trzymałem takie trochę ponad dwu metrowe
wędzisko. Był to prosty zestaw ze spławikiem z piórka, przywiązany do szczytowej
przelotki wędziska. Mimo, że była to skrócona wędka, to jednak bambusowa i wymagała
dużo samozaparcia by dźwigać ją przez dłuższy czas.
Potem
przyszedł czas na naukę wiązania zestawów. Podobno pierwej nauczyłem się wiązać
haczyki niż sznurowadła w butach. Pierwszą swoją osobistą wędeczkę otrzymałem
od rodziców w wieku sześciu lat jako prezent na święta Wielkanocne. Już wtedy
widać było, iż hobby wędkarskie pochłonie mnie na całe życie. Radości z otrzymanej
wędki nie było końca. Łowiłem nią długo i pewnie gdyby mi jej nie skradziono, zajmowała
by dziś honorowe miejsce na półce. Do dziś bardzo lubię dostawać prezenty w postaci
choćby maleńkich cacek wędkarskich. Teraz mogłem już chodzić na ryby ze swoim
własnym sprzętem. W miarę jak wzrastałem przybywało sprzętu. I mogę śmiało powiedzieć,
że w wieku 10 lat całkiem niezgorzej radziłem sobie nie tylko ze spławikówką,
ale z gruntówką i spinningiem. Tak już wówczas miałem swój spinning z klejonki,
którym spinniguję do dziś.
Jeżdżąc
z Ojcem i bratem na ryby powoli wsiąkałem w wędkarskie zajęcie do reszty.
Najbardziej lubię łowić leszcze, karpie i liny, a z drapieżników szczupaki i okonie.
Czasem łowię również płotki i uklejki, a także zasadzam się na węgorze i jeziorowe
tęczaki. Z biegiem lat coraz bardziej fascynowały mnie jeziora. Bardzo lubię mgłę
na jeziorze o poranku i wschodzące słońce rozpraszające to białe mleko. Lubię
również cichnące wieczory z piękną krwisto zachodzącą tarczą słońca. Szczęśliwy
jestem, gdy mogę oglądać jeziorowe trzciny i przemykające przez nie ptactwo. Na
dodatek można upajać się do upadłego przepięknymi dywanami podwodnej roślinności.
Spokój tafli wody działa na mnie kojąco, uspakaja mnie i ładuje moje akumulatory.
Bardzo dużo przyjemności sprawia mi pływanie łodzią i odkrywanie coraz to nowych
zatoczek. Wówczas zabieram ze sobą spinning i wypoczywając czynnie poznaję również
ukształtowanie dna. Czasem tracę parę godzin oglądając podwodną roślinność i przemykające
w niej ryby.
Pokochałem jeziora
i wędkarstwo jeziorowe stało się moją pasją można rzec pochłaniającą mnie bez
reszty. W tym miejscu muszę wspomnieć, że jako niespełna dwudziestoletni młodzieniec
nabyłem książkę Tadeusza Andrzejczyka "Wędkarstwo Jeziorowe". Książka
ta była wówczas wybitną pozycją i klasykiem w tej dziedzinie na naszym rynku.
Pomimo, iż byłem już ukształtowanym wędkarzem wywarła na mnie spore wrażenie i
przyczyniła się do rozwoju mojej wiedzy wędkarskiej i całkowitej fascynacji jeziorami.
Zawarte spostrzeżenia i rady w tej publikacji są aktualne do dziś, a wprowadzane
kolejne wznowienia były poszerzane o dalszą wiedzę. Do dziś mam to pierwsze wydanie
i z niecierpliwością czekam na to które ma się ukazać. Na pewno wpływ na moje
umiłowanie do wędkarstwa jeziorowego miała ta książka.
Ćwiczyłem
swój kunszt wędkarski na jeziorach przez te moje lata, jednocześnie podziwiając
piękno przyrody. Woda obdarowywała mnie swoim rybim bogactwem i ani się obejrzałem,
a tu moja wędkarska przygoda zbliżyła się do półwiecza. I choć nie złowiłem nadzwyczajnych
okazów, zawsze wracałem z wędkowania zadowolony i pełen energii do życia. Powiedzcie
jak w takiej sytuacji można nie popaść w wędkarski nałóg. Tak też zostałem
wędkoholikiem i pewnie będę nim do końca życia.
Czym
dla mnie jest wędkarstwo
To
co czuję w sobie, a co każe mi istnieć w tej przepięknej krainie z naturą, tego
słowami nie umiem wyrazić, bo i mój słownik, i cały nawet zasób słownictwa naszego
na nic się zdaje.
Wędkarstwo
jest tak jakby wiecznie żywy, przepiękny, kolorowy kwiat na łące. Płatki jego
przepięknymi jeziorami się wydają, a łodyżki jakby jakimiś rzeczkami płynącymi.
Listki niczym łąki i lasy nad tymi wodami się rozpościerające. I ten zapach kwiecia
przyciąga do siebie, szepcząc niczym ptaszki na wiosnę.
I
człowiek już wytrzymać nie jest w stanie, pakuje się i jedzie na tych kwiatów
wezwanie. Tam wśród tego kwiecia przysiądzie, wędkę w jego płatki zanurzy i marzy
oraz wypoczywa i o szarej rzeczywistości zapomina.
I
rybka błyśnie niczym promyk słońca odbity i radość, gdy promyk złapany choć przez
chwilę me serce ogrzewa. I tak upojony w tej kwieciej oprawie zostałbym tam po
kres swój i nie wracał.
Ale
gdy już obowiązki wzywają i z przymusu znów wracam, to już w drodze powrotnej
o tych kwiatach myślę, marzę i następną do nich wyprawę planuję. I tak naładowanym
łatwiej mi iść przez życie i piękniejsze jest ono i weselsze i więcej w nim wiary
i nadziei.
Dlatego nie wyobrażam
sobie, abym mógł bez wędkarstwa żyć i funkcjonować. Pochłonęło mnie ono bez reszty
i do końca życia. Fascynacja moja wędkarstwem jest tak wielka, że przylgnął do
mnie pseudonim Wędkoholik.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski
A jak moje hobby widzi małżonka
Kiedy
poznałam mojego Bolka, był jeszcze całkiem normalny. Przez lata obserwuję jak
się zmieniał. Teraz już nie można powiedzieć, że wszystko z nim w porządku. Nie,
nie siada w fotelu i nie ginie za gazetami, ale w oczach widać tylko spławiki,
woblery itd.
Jak widzę tą iskrę
w jego źrenicach to już wiem, że wyjazd na ryby murowany. Tylko gdzie tym razem
pojedzie? I znów się zaczyna. Jak małe dziecko wyjmuje te wszystkie swoje zabawki
i zaczyna rozkładać. Wszędzie tego pełno. Teraz to już nawet pokoju mu nie starcza,
kuchnię też okupuje. Cały stół mam w pudłach haczyków błystek albo innych kolorowych
bajerów.
Trudno go zrozumieć,
po co mu tyle tego. To już nie jest sklep tylko hurtownia. Kiedy tak siedzi w
tej menażerii to zapomina o bożym świecie. Byle tylko jeszcze papierosy były to
już wszystko. Zapomina o jedzeniu, upływającym czasie, który się zupełnie nie
liczy. Jakby tego było mało to jeszcze łazienkę zajmuje - wyważa spławiki. Później
wszędzie pełno wody na podłodze, której całkiem nie dostrzega. On jest w innym
świecie. Już nic nie mówię, ale co ja się z nim mam?
W
trzech szafach zajmują miejsce jego cacka, a i pawlacz już jego i na dwóch szafach
też sporo tego. Ostatnio zajął miejsce już pod szafą, bo jak twierdzi tam mu nikt
nic nie ruszy i nie uszkodzi. I tak nic mu nikt nie rusza. To powoli staje się
obłędem.
Dobrze, jak jest
zima, ale latem to jeszcze dochodzi gotowanie. Muszę pomóc przyrządzać te kluchy,
kulki i inne wynalazki. No, ale lepiej pomagać niż później tydzień sprzątać po
jego samodzielnym gotowaniu. Byłabym zapomniała, w lodówce też urzęduje - robale
feee w niej trzyma. Dobrze, że mam sporo szafek to jakoś mieszczę te puszki kukurydzy,
psie i kocie przysmaki i torby świństw na ryby - podobno na karpie.
Jak
się szykuje to już wolę iść do sklepu i mu kupić co tam potrzebuje niż patrzeć
na to małe dziecko w krainie marzeń. Czasem to jego szykowanie trwa kilka godzin
i kończy się późno w nocy. Ja już dawno śpię gdy on jeszcze buszuje po mieszkaniu.
Tematy o rybach, nawet tych smażonych, omijać trzeba z daleka dużym łukiem. Jak
podchwyci to już koniec. Zawsze kończy się o wędkach kołowrotkach itd.
Czasem
zastanawiam się, o czym on śni, bo jakoś nigdy nie pamięta - o dziewczynach (może
o mnie), czy znów o wędkowaniu. Do sklepów z nim nie chodzę. Raz poszłam to nie
dosyć, że swój portfel opustoszył, to i mój się stał chudszy. Po co on tyle tych
haczyków, żyłek błystek kupuje? I tak wszystko wcześniej czy później urwie.
Najgorzej,
gdy wyjeżdża. Budzik wszystkich na równe nogi stawia. No cóż wstaję z nim w nocy
zrobić mu kanapki i spakować wszystko, co głód może zaspokoić, bo sam na pewno
by zapomniał. Szkoda mi żeby głodował, albo jadł później jakieś paskudy w przydrożnym
barze.
Pamiętam o piwie. Albo
jest i je ładuję, albo w turystycznej lodówce musi być trochę miejsca, to po drodze
puszkami je zapełni. Zimą zamiast piwa trzeba zapakować rum. Zastanawiam się tylko
jak on może razem z tymi kanapkami trzymać te robale? No a kiedy pakuje samochód
to po głowie mi chodzi pytanie, czy aby dla niego starczy miejsca? Wynosi i wynosi
i końca nie ma.
Gdy przyjeżdża
jeszcze gorzej. Czasem trzeba mu pomóc, bo tak jest wykończony, że zasypia na
stojąco. Nigdy nie zrozumiem, na czym polegał ten jego wypoczynek. Trzeba dopilnować
by jak najszybciej wylądował w łóżku, żeby tylko nie usiadł i nie zasnął w fotelu.
Zasypia wtedy jak niemowlę w jednej minucie.
Kiedy
tak śpi z uśmiechem na twarzy, to już wiem, o czym śni. O tych jeziorach, o tych
szuwarach i perkozach, łabędziach i o sobie z wędką nad wodą. Mam pewność, że
rano wstanie rześki wypoczęty i w dobrym humorze.
Gdy
mi dziękuje za moją pomoc i wyrozumiałość, to wiem już, dlaczego znoszę te jego
wariactwa z wędką. Po prostu kocham swojego Wędkoholika, bo jakbym mogła inaczej
z nim wytrzymać.
Anna Michalska
Niektóre
Dokumenty
Karta
Wędkarska Dziadka z czasów okupacji

Legitymacja
Członkowska WTW Dziadka z czasów wojny

Legitymacja
Członkowska WTW Ojca
Zaproszenie
na ostatnie Walne WTW na którym nastąpiło sławetne wcielenie do PZW

Bolesław "Wędkoholik" Michalski
>>GÓRA<<