Rybi Plask
Jest środa.
W pracy dobijamy z robotą. Już mam w ogóle dosyć wszystkiego, bo ostatnio prawie tylko
liczyły się terminy wykonania. Postanawiam wziąć dwa dni wolnego, by psychicznie od tego
wszystkiego odpocząć. Widzę, że syn nie protestuje. No i już karpie pływają w moim umyśle.
Tylko kiedy ja wykonam jakieś kulki,
czy choćby jakieś inne przysmaki dla tych misiaczków? I tu rozwiązanie przychodzi jak z
manna z nieba. Anulka oznajmia, że w zamrażarce są jeszcze dwa całkiem niezłe worki z
kulkami o zapachu słodkiego mixu owocowo, orzechowo... coś tam jeszcze. Jeśli dodać do
tego torebkę ze śmierdziuchami, która jest w lodówce i ciasto proteinowe gdzieś w szufladzie
zamrażarki, to już jestem w domu. Zanęty też jakieś mam, nawet Moselli, a jak obliczyłem, z
dodatkami wymyślonymi w chorej, wędkarskiej głowie, będzie tego ze trzy kilo, albo więcej.
Pakowanie gratów, to już fraszka igraszka. W czwartek rano załatwiam najważniejsze sprawy
w robocie i wczesnym popołudniem można mnie było zobaczyć w Warszawie jak własne ucho.
Na łowisku
okazało się, że właśnie moje miejsce, które sobie wymyśliłem, jest zajęte. Teraz sobie
przypominam. W tygodniu ktoś pytał właśnie na maila w co się trzeba uzbroić by łowić na
tym pływającym pomoście. To na pewno On mnie uprzedził. I nie pomyliłem się. Pan Marcin
zjawia się na pomoście po 17. Pytam uprzejmie czy się zgodzi bym pozostał z nim na tym
pomoście. Dzięki Bogu Ów wędkarz jest zadowolony z mojego towarzystwa. Odetchnąłem
z ulgą. Szybko odwdzięczam się pożyczeniem potrzebnych podpórek, których nie posiadał.
Łowiłem z wywózki i gdy widziałem jak idzie Koledze po kiju proponowałem sprzęt i
wywiezienie zestawu. Ja łowiłem karpie, a On tylko wieczorem jednego karasia. Było mi
głupio, ale skoro zasadniczo odmawiał pomocy, to nie narzucałem się dalej.
Przez dobę
wspólnego wędkowania złowiłem osiem karpi takich od trzech do czterech i pół kilo i sześć
potyczek przegrałem. Zazwyczaj cwaniaczki właziły w kamienie i było po ptokach. Zerwałem
trzy zestawy całkowicie i dwa przypony. Pan Marcin nawet pytał, czy to norma. Nie to nie
była norma, ale ja się zawziąłem na ten kamienisty kawałek, bo wiedziałem, że tam mam
szansę na konkret. Tylko jakoś ten wymarzony misiaczek nie podchodził. Miejscówka dobrze
zanęcona, zestawy zrobione malinowo, a nic powyżej tej zaczarowanej piątki nie wchodzi.
Tak naprawdę, marzy mi się dychacz, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że to chyba
marzenie ściętej głowy w tych paskudnych skokach ciśnienia. Na dokładkę właśnie
gwałtownie opadało. No, ale może... Mimo wszystko nie rezygnuję i za ostatnie pieniążki w
kieszeni zostaję z piątku na sobotę. Pan Marcin musiał opuścić łowisko już w piątek po południu.
Odwiedza
mnie gospodarz łowiska. Oznajmia, że Ci co byli na plaży karpiowej złowili w nocy karpia 9kg.
Pytam Zbyszka, czy mówili i tylko się chwalili, bo jakoś nie widziałem u nich nic większego
od 3, no może 4kg w podbieraku. Okazuje się, że tylko mówili. Teraz wszystko jasne, oprócz tego,
która z tych ryb tak urosła w oczach tych wędkarzy. O przegapieniu mowy być nie mogło.
Byli obserwowani po każdym piśnięciu sygnalizatorów. Mieli sprzęt z najwyższej półki, więc
dźwięk rozchodził się donośnie. Po co ludziom te niewinne oszustwa? Przecież jeśliby zeszli
całkiem na tarczy nic takiego by się nie stało. Dziwią mnie te zagrywki.
Teraz zostałem sam.
Na łowisku są wprawdzie wędkarze, ale na zupełnie oddalonych miejscówkach. Postanawiam donęcić
swoje łowisko. Zostawiam tylko trochę kulek na przynętę i wszystko stawiam na jedną kartę.
Zanęta ląduje w wodzie, a wraz z nią zestawy. W odpowiedzi łowię malucha, że wstyd
byłoby podać na Wigilię. Na jednym zestawie postanawiam ustawić ciasto proteinowe, ale
skutek jest podobny i za chwilę kolejna powtórka. To już trzy maluchy tego wieczoru, a
misiaczków nie widać. Wreszcie koło 22 podchodzi taki karpik koło czwórki. No może coś
się ruszy myślę sobie, ale zaraz kolejne rozczarowanie, bo muszę odczepić następnegogo srajda.
Kurza melodia, czy w tej wodzie nie ma nic, co by podniosło adrenalinę, aż by uszami
trysnęła? Nic nie rozumiem. Przecież właśnie od piątku rana zaczęło powoli ciśnienie piąć się
w górę i tej nocy powinno coś się dziać. Następuje zupełny brak zainteresowania moimi
przynętami. Z myślami o tym, że coś skopałem, zasypiam w fotelu jak w hamaku, bo siedzę
na bujanym pomoście.
Nagle dwa
krótkie piśnięcia na basach wybudzają mnie z błogiego snu. To zestaw po lewej stronie.
Spoglądam na zegar w komórce - jest 2:05. Pewnie jakaś ryba przepływając trąciła ogonem w
żyłkę, pomyśałem po paru minutach ciszy. Odłożyłem latarkę z głowy do pudełka i zacząłem
się zastanawiać, czy w ogóle nie zwinąć wędek i pójść się przespać w samochodzie do rana.
No i właśnie w tym momencie następuje krótkie pik, a po nim jednostajne wycie. Już
dobiegam do kija i widzę, że szpula obraca się z prędkością tajfunu. Podkręcenie korbką i
węda w górę. W odpowiedzi czuję potężny opór i coś energicznie daje ostro do przodu.
Udaje się wyhamować, ale czuję jak zestaw zgrzyta po kamieniach. Och q...a, żeby tylko
wytrzymał. Ryba kleszczy się w kamieniach. To już koniec, ale jeszcze pompuję i siłowo
próbuję wyciągnąć rybę z zawad. Krótkimi drganiami czuję jak powoli, szarpanymi skokami
udaje się przyciągać zestaw do siebie. Mam głęboko poniżej pleców, czy się przetrze jakiś
element, albo wóz, albo przewóz. Co będzie, to będzie. Narwałem tyle zestawów, to jeden
więcej już nie zmieni sytuacji, a zdaję sobie sprawę, że na końcu jest jeszcze misiaczek i mam
nadzieję, że uda się go wyciągnąć zza kamieni. Ten wymarzony misiaczek, może się uda.
Nagle czuję gwałtowny luz.
No
tak, pomyślałem, nie jest mi pisane w tym roku chyba złowić coś konkretnego, na miarę
marzeń. Dupa ze mnie nie wędkarz przelatuje mi przez myśl i zwijam żyłkę. Przez moment
jestem całkiem załamany i czuję się doszczętnie pokonany, ale tylko przez moment, bo po
chwili czuję potężny opór i szarpnięcie. I już adrenalina uderza na maksa. Więc wyskoczył zza
kamieni. Węda jak najwyżej i pompuję go do góry byle tylko znów się nie władował w jakiś
głaz. Znów serce wali jak młot i czuję w głowie jak czaszkę rozsadza ciśnienie. Karp
posłuchał się i idzie teraz do lądu. Szybko zwijam i gdy on tylko zwolnił i zaczął ciągnąć,
natychmiast odpuszczam hamulec. Zdaję sobie sprawę, że teraz karp znajduje się na otwartej
wodzie i ciągnąć może mocno, rozpędzając się jak torpeda, a żyłka i przypon jest po
przeżyciach masakrujących ją na kamieniach.
Wreszcie dostrzegam go pod powierzchnią wody.
Właściwie zauważam nie tyle jego, co spory wir na wodzie i jakiś cień. Ale gdy tylko karp się
zbliża i zauważa światło latarki, którą włączyłem, znów zrywa się do panicznej ucieczki. Nie
mogę go ciągnąć na siłę, bo wiem, czym to się skończy. Wymanewrowuję go wreszcie do
szczytowego boku pomostu i podnoszę. Ten zachłystuje się powietrzem, i zanurza, poczym
pokazuje na powrót nad wodę swój przepastny pysk jak lej gąsiora i wpada ślizgiem do
podbieraka. Włączam wolny bieg i odpuszczam żyłkę szerokim odgięciem ramienia. Teraz
trzeba wyjąć podbierak z rybą z wody. Chwytam jedną ręką za obręcz, a drugą połowicznie
sobie pomagam, bo przecież trzymam jeszcze wędzisko. Jest wreszcie nad pomostem i
ląduje na materacu. Odkładam wędkę. Dyszę niezgorzej jak ten karp. Próbuję go odhaczyć,
ale ten zrywa się na każde przysunięcie latarki. Cóż robić, jakoś udaje mi się na macanego w
półmroku znaleźć żelastwo i uwolnić z niego pysk ryby.
Teraz trzeba wsadzić go jeszcze do saka, bo jest noc i
foty nie wyjdą. Tak tylko sak mam o 10m dalej w torbie. Cholera co robić? Decyduję się na
szybki manewr i spokojnymi, ale w miarę szybkimi ruchami wędruję do torby. Sięgam worek
i idę do karpia, a ten zaczyna skakać i najpierw zrzuca wędzisko do wody, a potem sam w
nią wpada. Nawet się nie zastanawiam tylko jednym susem ląduję na brzegu pomostu ze
zwisającymi rękoma i głową w dół. Karp tak był zdziwiony tym wydarzeniem, że
znieruchomiał z wrażenia. Capnąłem go w pół obiema rękoma i wyrwałem z wody na siebie,
a następnie klasyczną zapaśniczą przewrotką ulokowałem z powrotem na macie. Och gdyby
to widzieli nasi olimpijczycy, na pewno nie ponieśliby takiej porażki w zapasach w Atenach.
Sam do teraz nie rozumiem jak znalazło się we mnie tyle werwy i niepowtarzalnego
zadziałania.
No ale dosyć zachwytów
nad sobą. Cały mokry, zdyszany, ale szczęśliwy, że karp nie zdołał uciec, załadowałem to
wspaniałe zwierzę do saka. Udało się, do rana musi posiedzieć w worku, a potem odzyska
wolność. Wyjąłem wędkę z wody i usiadłem w fotelu. Dyszałem jeszcze przez pół godziny.
Cały mokry, ale zadowolony nawet nie czułem zimna. Właściwie było mi gorąco. Już
wiedziałem, że to największy sazan mego życia. Owszem miałem większe karpie, ale sazana
nie. Jakoś tak się trafiało. Przyszedł czas i w końcu obejrzałem zestaw. Ciężarek miał
wyraźne ślady zderzenia z kamieniami, nawet miejscami małe wyrwy, a przypon z plecionki
połowę nici obdartych. Miałem rację odpuszczając znacznie hamulec.
To była ostatnia ryba tej wyprawy.
Rano ją zważyłem z przystaniowym, który zrobił mi również pamiątkowe foty.
Misiaczek ważył 11 kg.
Teraz
jeszcze tylko go wypuścić i można się spakować do drogi. Nachyliłem się, dałem buzi i
opuściłem nad wodę, a ten nie czekając odwinął mi się ogonem w twarz i nura w te pędy do
jeziora, robiąc przy tym takie pluski, że znów miałem całą twarz, klatę i ręce mokre.
< Film do pobrania 1,42 MB >
No
to dawno nie miałem rybiego plasku... ze trzydzieści parę lat. A może to dobry znak na
przyszłość? Oj długo będę pamiętał tego karpia i to wcale nie za sprawą jego rozmiarów,
ale za jego waleczność i nieustępliwość do samego końca.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski
– Komentarze –