Wędka od zajączka
Wszystkie dzieci bardzo lubią dostawać prezenty. Szczególnie gdy jest coś szczególnego, coś, o czym się marzy i czego dziecko pragnie. Jesteśmy w większości dorosłymi ludźmi i skoro nam wędkarski sprzęt sprawia tyle radości, to można sobie wyobrazić, co czuje dziecko pochłonięte tą pasją.
Był rok 1959. Nadeszły Święta Wielkanocne. Jak zwykle w sobotę po południu chodziliśmy ze święconką do kościoła. Potem jeszcze obowiązkowa wspólna krzątanina rodziców w kuchni przy ostatnich świątecznych wypiekach i wieczorem położyliśmy się spać. Z reguły to rodzice pierwsi zasypiali, bo dzieciom zaprzątały myśli próby odgadnięcia co też rano znajdą w kapciach koło łóżka. Dziecięce rozważania nad tym, co może przynieść zajączek na świąteczny prezent, spędzają sen z oczu długo, często aż do północy. W końcu zmęczenie bierze górę i zasypia się nie wiadomo, kiedy.
Ale pomimo, że wieczorem wałkowało się na łóżku do późnych godzin nocnych, to rano pierwsze budzą się dzieci. Podświadomie wyczuwają, że coś już leży w kapciach. Świąteczne prezenty są dużym przeżyciem i pierwsze kroki po przebudzeniu kierowało się do kapci i to bynajmniej nie po to by je założyć na nogi.
Tak samo było i w te święta. Obudziłem się i wzrok pomaszerował w określone miejsce. A tam nic nie ma! Czyżbym za wcześnie się obudził. Spoglądam na łóżeczko brata i widzę, że u Niego zabawki już w łóżeczku leżą. To niemożliwe, jeszcze raz zaglądam do kapci, a po głowie chodzą myśli, że coś pewnie nabroiłem i nici będą z zajączkowego prezentu. Ale zaglądam głębiej pod łóżko i oczom nie wierzę. Jest znalazłem. Teraz staje się oczywiste, dlaczego kapcie były puste i nic w nich nie było. Przecież to się nie mogło zmieścić w największe kapcie świata, a na wierzchu strach było położyć.
Z pod brzegu łóżka wyciągam trzy części bambuska. Zaczynam oglądać i wciąż nie dowierzam, że wreszcie mam swoją upragnioną wędkę. To jest moja i tylko moja pierwsza w życiu wędka. Całkowicie zapominam o porannych czynnościach fizjologicznych, tylko oglądam to cacko. A na owe czasy było co oglądać. Choć całkiem do końca nie zdawałem sobie sprawy jak to było naprawdę, to widać było w tym Ojcowski udział. Wędka trzy składowa, zdobiona omotkami, z przelotką na szczytówce, to pomimo iż z bambusa, była leciutka jak piórko. To pieprzóweczka w najlepszym wydaniu. Do dziś się zastanawiam gdzie On ją wtedy wynalazł. Bo trzeba wiedzieć, że o dobrej jakości pieprzówkę, wcale nie było wtedy łatwo, mimo iż były to czasy bambusów.
Oglądania nie było końca. Każde kolanko, każda omotka i każda kropka zostały obejrzane i sprawdzone po kilkanaście razy. Ten lśniący lakier i smukłe mosiężne skuwki pamiętam do dziś. Cały dzień tylko rozkładałem, machałem, oglądałem i nawet, gdy siedzieliśmy przy stole, ona musiała być tuż tuż obok mnie. Temat wędki nie schodził mi z ust. I ciągle marzyłem kiedy będzie można pójść na ryby, żeby sprawdzić tego "zajączka". Rodzice musieli mieć już tego dość, bo jak długo można słuchać w kółko i na okrągło tylko o tej wędce przy Wielkanocnym stole.
W końcu chyba do rodziców dotarło, że tak dalej ze mną nie da się wytrzymać i podjęli jedynie słuszną w tych warunkach decyzję. Postanowili, iż w drugi dzień świąt po śniadaniu pójdziemy na spacer nad wodę. Jeszcze po południu pierwszego dnia, przygotowałem zestaw przy pomocnych radach Ojca. Żyłka 0,15 damylowska, to też był rarytas tamtych czasów, z dowiązanym malutkim haczykiem i zamocowanym najdrobniejszym spławikiem z kory topolowej wydawał się być najwłaściwszym zestawem. Jeszcze tylko węzeł pętelkowy na końcu i można było całość nawinąć na deseczkę.
W lany poniedziałek, gdy już śmigus dyngus nam się znudził i było po śniadaniu, Tata przygotował jakieś ciasto. No i ruszyliśmy całą rodziną na spacer. Poszliśmy, a właściwie podjechaliśmy tramwajem, spacerować nad Wisłą. Było ciepło, ale dzień był pochmurny. Brat był w wózeczku, a przez wiślany nadbrzeżny piach przenoszony na rękach rodziców. Dziś już nie umiałbym wskazać gdzie to było, chyba pomiędzy poniatoszczakiem, a mostem kolejowym, ale na pewno znajdowaliśmy się po praskiej stronie.
Ojciec pomógł znaleźć mi najlepsze miejsce. Nad brzegiem rosły krzaki z niewielkim, można by rzec ciasnym przesmykiem na dojście do wody. Sama woda w tym miejscu miała mały uciąg, więc bez trudu mogłem sobie poradzić. Tata podzielił ciasto i sam poszedł kawałek dalej. Miał mnie w zasięgu wzroku, a jednocześnie mogliśmy samodzielnie łowić, co dla mnie miało olbrzymie znaczenie. Przecież łowiąc pierwszy raz, na swoją pierwszą wędkę, musiałem sobie udowodnić, że potrafię również samodzielnie na nią wędkować.
Założyłem ciasto i zarzuciłem zestaw. Spławik, co chwilę nurkował, a ja wyciągałem kolejną uklejkę. Zabawa trwała dobre półtorej a może dwie godziny. Naciągnąłem się rybek do bólu. Faktycznie chyba dobrze brały, bo mimo iż zmieniałem grunt (musiałem wszystko wypróbować), to cały czas brały. Złapałem sporo różnych rybek, ale pamiętam te srebrzyste smukłe uklejki. Wszystkie rybki wypuszczałem, bo i po cóż było je brać. Cała ówczesna wycieczka nad Wisłę sprowadzała się do łapania na moją pierwszą wędkę. Poddana próbie zdała ją pomyślnie.
Dziś już nie mam tej wędki, gdyż latem 71 roku wędrując stopem po Mazurach zostałem okradziony z tej i jeszcze dwóch germinek wraz z futerałami. Jest to jednak wędka, która była najmilszym prezentem mojego dzieciństwa. Jak tak dobrze się zastanawiam to chyba właśnie ona była prezentem, który wywarł największe i najbardziej niezapomniane wrażenie w moim życiu.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski
– Komentarze –
Dopisz swój komentarz