Woda chłodna, więc postanawiamy, że w grę wchodzi tylko coś pożywnego, aby przyciągnąć jakąś ciekawą rybkę w łowisko. Na wielkie brania nie liczymy, ale apetyty mamy niezgorsze. W sobotę co i rusz pakując graty myślałem co by tu wykombinować, a może coś ze starego repertuaru? W niedzielę nie patrząc, że to dzień świąteczny zabrałem się do roboty. Najpierw trzeba było zmielić różnego rodzaju granulowane śmierdziuchy i makuch lniany. Ten ostatni dał mi popalić - ręce stawały w miejscu. Dlaczego on taki oporny? Co zmielę to przesiewam i odważam. Tym razem postanowiłem zwiększyć nieco ilość śmierdziuchów i dodać mielone arachidy i mielony sezam.

Zgrzałem się przy tej robocie, więc otworzyłem okno by trochę było lżej pracować. Jak się później okazało, to był fatalny błąd. No ale gdy mielenie dobiegło końca, ręce bolały całe aż po barki, a i grzbiet domagał się odpoczynku. A tu jeszcze przyszło wyrobić ciasto. Wymieszałem wszystko z Tandem Mixem, wbiłem jajka i takie tam różne dodatki i począłem mieszać i ugniatać. Ta czynność też nie należy do łatwych, gdy robi się to ręcznie. Jeden mikser kiedyś już rozwaliłem i musiałem mojej Ani odkupywać nowy. W końcu zwałkowałem, a Ania zrobiła kluski. Z części klusek zrobiłem ciasto proteinowe. Wreszcie mogłem odpocząć, a że zmęczenie sięgnęło zenitu, dumny z mojej pracy położyłem się spać i nawet nie wiem kiedy zasnąłem.
W nocy budziłem się co chwila, gdyż kaszel prawie przez cały czas nie dawał spokoju. Ot i przewiew z otwartego okna dał się we znaki. Ale o czwartej wstałem i nie bacząc na nic raz dwa się spakowałem i graty już były w samochodzie. Wyjechaliśmy z Warszawy po ciemnicy, ale nad wodę dotarliśmy po wschodzie słońca. Zadyszka i kaszel tak mi dokuczały, że ledwo wytaszczyłem sprzęt nad wodę. Jak zwykle najpierw zabrałem się za bojkę markera.
Teraz kolejno zanęta, wędziska, stanowiska i w końcu zestawy zostają wywiezione. Mamy czas na papieroska. Kaszel dusi, ale peta palę do końca i klnę to otwarte okno. Gorąca herbata, leki i pomału dochodzę do siebie. Na razie kompletnie nic nie bierze, nie widać nawet spławów ryb na wodzie, nie mówiąc o zanęconej miejscówce. Czyżbym tym kaszlem wypłoszył wszystkie ryby w jeziorze? Sprawdzamy zestawy, są nietknięte. Znów wywozimy i czekamy. Mija następna godzina i nic. W końcu dostrzegamy pojedyncze spławy po prawej stronie od naszego miejsca z haczykami.

Z minuty na minutę następują coraz częstsze pluski w okolicy zanęconego miejsca. Wreszcie przed pierwszą odzywa się niemrawo mój sygnalizator. Za chwilę lekkie poluzowanie żyłki i pociągnięcie zdecydowane na wodę. Żyłka coraz szybciej odjeżdża. Naprężam wędkę i czuję opór. Mam kontakt. Może nie za duży, ale ryba jakby nabierała wigoru. Odciągam w prawo by nie weszła w zestaw Andrzeja. Jeszcze trochę zmagań i kolega podbiera pierwszego karpia. Ja wypinam hak, a Andrzej już sięga po wagę. Do góry i okazuje się, że karpik ma 3,20 kg. Na początek może być pomyślałem. Najważniejsze, że oprócz podziwiania uroków wspaniałego dnia karpiki dały zatrudnienie.

Wypuszczam rybę i szczęśliwy zamiast pójść po szmatkę, wycieram ręce w spodnie i zakładam z powrotem jadło na hak. Wywożę i czekamy. Nie zdążyłem wypalić papieroska i mam znów zdecydowany odjazd. Tym razem mam trochę mniejszego, 2,70.

Za chwilę powtórka, ale tym razem karp wchodzi w kamienie i niestety zrywam zestaw. Z kolei Andrzej ma kolejno dwa brania i dwa razy karpie mu schodzą. Za trzecim razem karp siada prawidłowo i zaczyna się hol ryby, ale ta włazi w kamienie i zrywa zestaw. Szybka przekładka i zestaw znów w łowisku. Długo na branie nie czeka i ląduje karpia 2,70 kg. Cieszę się razem z nim, bo przecież po trzech nieudanych próbach wreszcie i on złowił karpiątko.

Wszystko to dzieje się na oczach karpiarzy siedzących po przeciwnej stronie. Im szczęście nie dopisuje, ale przecież oni dotarli nad wodę, gdy u nas rozpoczęły się brania. Na razie u nich nic nie bierze, tak jak u nas rano. Oni mają czas, po rozpostartym namiocie i ilości sprzętu, widać, że nastawili się na maraton. My sobie rozpatrujemy sytuację u sąsiadów i porównujemy do naszej rannej, a tu Andrzej znów ma branie. Po paru minutach podbieram mu ponad trzy kilowego karpia.


Niestety brania ustają. Znów woda jakby stała się martwa. Karpie przestały grasować w łowisku. Czyżby wyniosły się do świeżo zanęconych miejsc sąsiadów? Pomału robi się chłodno, a karpie nie chcą nas rozgrzewać. Słońce zachodzi i zastanawiamy się, czy to już koniec naszej przygody i scenariusz nic nie ma do dopisania? A jednak mam jeszcze branie, tylko że karp wypina się daleko na wodzie. Strasznie delikatnie dziś biorą i haczyki zbyt delikatnie zaczepiają, tylko gdzieś za kant pyszczków. Szkoda, ale decydujemy się na jeszcze ostatnia wywózkę.
Po pół godzinie mam zdecydowany odjazd, zacinam i czuję, że siedzi coś poważniejszego, bo wędzisko wygina się i karp wyciąga żyłkę. Mija około dziesięciu minut i karp ze trzydzieści metrów od brzegu na powierzchni pokazał spory wir. Widać, że to nie osesek. Adrenalina wzrasta i wiem, że na koniec dnia mogę być pełen szczęścia. Powoli pompuję. W pewnym momencie karp robi zwrot i pęka żyłka. Ach! - tylko wyrwało mi się z żalu i zwinąłem resztę żyłki na kołowrotek. Karp użył swej broni ostatecznej i przejechał promieniem po żyłce.
Powoli zaczęło się ściemniać. Żegnamy się z karpiami do przyszłego roku. Może znów będą wspaniałe emocje. Zaczynamy się pakować. Trwa to dobrą godzinkę. Skąd się wzięło tyle rzeczy na tym pomoście? Na koniec jeszcze łódź na dach i ruszamy w drogę powrotną. W drodze rozmawiamy o drapieżniku. To najwyższy czas pomyśleć o nim na poważnie. Za tydzień pojedziemy na Warmię, to już postanowione.