Zapraszamy wszystkich do   czynnego udziału w dyskusji   na forum karpiowania


 Tu znajdziecie wiele infor-   macji o naszym wędkarstwie   i rybiografii.



 Aby móc łowić misiaki   świadomie i żeby nasze wy-   niki nie były zgoła przypad-   kiem losowym i pechem   karpia, należy wpierw za-   poznać się ze zwyczajami i   biologią tych ryb. Kierując   się tą myślą, przedstawiamy   parę słów o zchowaniach   cyprinusów. <więcej>


 Szykując się na wędkarską   wyprawę karpiową musimy   pomyśleć co i jak wyszyko-   wać, co nam będzie potrze-   bne i jak zamierzamy łowić.   To bardzo ważna sprawa by   dobrać odpowiedni sprzęt   oraz przemyślaną metodę i   technikę połowu ryb. Nigdy   nie robimy tego na łapu   capu. Te przygotowania to z   całą pewnością część na-   szego wędkarskiego jestes-   twa i radości z karpiowania.   <więcej>


 Trudno sobie wyobrazić, aby   zabrakło na tej stronie   rozważań o zanętach mają-   cych zwabić i przechytrzyć   karpie.
 Masz wypróbowane prze-   pisy zanęt, czy przynęt   karpiowych i chciałbyś   podzielić się tym z innymi?   Napisz do nas, a my je   opublikujemy tu na stronie.



 Tu przedstawiane są łowiska   karpiowe.  Łowiska te mają   szczególne walory wędkar-   skie, a czasem i przyro-   dnicze. Wiąże się z nimi   wiele pięknych wspomnień   wędkarskich i nie tylko.
 Jeśli znasz ciekawe łowiska   i zechcesz się tym podzielić   z nami, prześlij opis, a   opublikujemy.



 To dział zawierający opinie,   recenzje i pomysły związane   z karpiowym sprzętem   wędkarskim. < więcej >


 Przez lata wędkarskiego   życia nazbierało się sporo   przygód, wspomnień i prze-   żyć z kolegami, zdobywało   się doświadczenie, pozna-   wało nowe techniki i me-   tody, przebyło wiele spotkań   z przyrodą i karpiami. Część   z nich została przelana na   papier. <więcej>


 W tym miejscu znajdziecie   wszystkie artykuły, które   można ściągnąć sobie i   wydrukować. <więcej>



Rybi Plask  

Jest środa. W pracy dobijamy z robotą. Już mam w ogóle dosyć wszystkiego, bo ostatnio prawie tylko liczyły się terminy wykonania. Postanawiam wziąć dwa dni wolnego, by psychicznie od tego wszystkiego odpocząć. Widzę, że syn nie protestuje. No i już karpie pływają w moim umyśle.

Tylko kiedy ja wykonam jakieś kulki, czy choćby jakieś inne przysmaki dla tych misiaczków? I tu rozwiązanie przychodzi jak z manna z nieba. Anulka oznajmia, że w zamrażarce są jeszcze dwa całkiem niezłe worki z kulkami o zapachu słodkiego mixu owocowo, orzechowo... coś tam jeszcze. Jeśli dodać do tego torebkę ze śmierdziuchami, która jest w lodówce i ciasto proteinowe gdzieś w szufladzie zamrażarki, to już jestem w domu. Zanęty też jakieś mam, nawet Moselli, a jak obliczyłem, z dodatkami wymyślonymi w chorej, wędkarskiej głowie, będzie tego ze trzy kilo, albo więcej. Pakowanie gratów, to już fraszka igraszka. W czwartek rano załatwiam najważniejsze sprawy w robocie i wczesnym popołudniem można mnie było zobaczyć w Warszawie jak własne ucho.

Na łowisku okazało się, że właśnie moje miejsce, które sobie wymyśliłem, jest zajęte. Teraz sobie przypominam. W tygodniu ktoś pytał właśnie na maila w co się trzeba uzbroić by łowić na tym pływającym pomoście. To na pewno On mnie uprzedził. I nie pomyliłem się. Pan Marcin zjawia się na pomoście po 17. Pytam uprzejmie czy się zgodzi bym pozostał z nim na tym pomoście. Dzięki Bogu Ów wędkarz jest zadowolony z mojego towarzystwa. Odetchnąłem z ulgą. Szybko odwdzięczam się pożyczeniem potrzebnych podpórek, których nie posiadał. Łowiłem z wywózki i gdy widziałem jak idzie Koledze po kiju proponowałem sprzęt i wywiezienie zestawu. Ja łowiłem karpie, a On tylko wieczorem jednego karasia. Było mi głupio, ale skoro zasadniczo odmawiał pomocy, to nie narzucałem się dalej.

Przez dobę wspólnego wędkowania złowiłem osiem karpi takich od trzech do czterech i pół kilo i sześć potyczek przegrałem. Zazwyczaj cwaniaczki właziły w kamienie i było po ptokach. Zerwałem trzy zestawy całkowicie i dwa przypony. Pan Marcin nawet pytał, czy to norma. Nie to nie była norma, ale ja się zawziąłem na ten kamienisty kawałek, bo wiedziałem, że tam mam szansę na konkret. Tylko jakoś ten wymarzony misiaczek nie podchodził. Miejscówka dobrze zanęcona, zestawy zrobione malinowo, a nic powyżej tej zaczarowanej piątki nie wchodzi. Tak naprawdę, marzy mi się dychacz, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że to chyba marzenie ściętej głowy w tych paskudnych skokach ciśnienia. Na dokładkę właśnie gwałtownie opadało. No, ale może... Mimo wszystko nie rezygnuję i za ostatnie pieniążki w kieszeni zostaję z piątku na sobotę. Pan Marcin musiał opuścić łowisko już w piątek po południu.

Odwiedza mnie gospodarz łowiska. Oznajmia, że Ci co byli na plaży karpiowej złowili w nocy karpia 9kg. Pytam Zbyszka, czy mówili i tylko się chwalili, bo jakoś nie widziałem u nich nic większego od 3, no może 4kg w podbieraku. Okazuje się, że tylko mówili. Teraz wszystko jasne, oprócz tego, która z tych ryb tak urosła w oczach tych wędkarzy. O przegapieniu mowy być nie mogło. Byli obserwowani po każdym piśnięciu sygnalizatorów. Mieli sprzęt z najwyższej półki, więc dźwięk rozchodził się donośnie. Po co ludziom te niewinne oszustwa? Przecież jeśliby zeszli całkiem na tarczy nic takiego by się nie stało. Dziwią mnie te zagrywki.

Teraz zostałem sam. Na łowisku są wprawdzie wędkarze, ale na zupełnie oddalonych miejscówkach. Postanawiam donęcić swoje łowisko. Zostawiam tylko trochę kulek na przynętę i wszystko stawiam na jedną kartę. Zanęta ląduje w wodzie, a wraz z nią zestawy. W odpowiedzi łowię malucha, że wstyd byłoby podać na Wigilię. Na jednym zestawie postanawiam ustawić ciasto proteinowe, ale skutek jest podobny i za chwilę kolejna powtórka. To już trzy maluchy tego wieczoru, a misiaczków nie widać. Wreszcie koło 22 podchodzi taki karpik koło czwórki. No może coś się ruszy myślę sobie, ale zaraz kolejne rozczarowanie, bo muszę odczepić następnegogo srajda. Kurza melodia, czy w tej wodzie nie ma nic, co by podniosło adrenalinę, aż by uszami trysnęła? Nic nie rozumiem. Przecież właśnie od piątku rana zaczęło powoli ciśnienie piąć się w górę i tej nocy powinno coś się dziać. Następuje zupełny brak zainteresowania moimi przynętami. Z myślami o tym, że coś skopałem, zasypiam w fotelu jak w hamaku, bo siedzę na bujanym pomoście.

Nagle dwa krótkie piśnięcia na basach wybudzają mnie z błogiego snu. To zestaw po lewej stronie. Spoglądam na zegar w komórce - jest 2:05. Pewnie jakaś ryba przepływając trąciła ogonem w żyłkę, pomyśałem po paru minutach ciszy. Odłożyłem latarkę z głowy do pudełka i zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle nie zwinąć wędek i pójść się przespać w samochodzie do rana. No i właśnie w tym momencie następuje krótkie pik, a po nim jednostajne wycie. Już dobiegam do kija i widzę, że szpula obraca się z prędkością tajfunu. Podkręcenie korbką i węda w górę. W odpowiedzi czuję potężny opór i coś energicznie daje ostro do przodu. Udaje się wyhamować, ale czuję jak zestaw zgrzyta po kamieniach. Och q...a, żeby tylko wytrzymał. Ryba kleszczy się w kamieniach. To już koniec, ale jeszcze pompuję i siłowo próbuję wyciągnąć rybę z zawad. Krótkimi drganiami czuję jak powoli, szarpanymi skokami udaje się przyciągać zestaw do siebie. Mam głęboko poniżej pleców, czy się przetrze jakiś element, albo wóz, albo przewóz. Co będzie, to będzie. Narwałem tyle zestawów, to jeden więcej już nie zmieni sytuacji, a zdaję sobie sprawę, że na końcu jest jeszcze misiaczek i mam nadzieję, że uda się go wyciągnąć zza kamieni. Ten wymarzony misiaczek, może się uda. Nagle czuję gwałtowny luz.

No tak, pomyślałem, nie jest mi pisane w tym roku chyba złowić coś konkretnego, na miarę marzeń. Dupa ze mnie nie wędkarz przelatuje mi przez myśl i zwijam żyłkę. Przez moment jestem całkiem załamany i czuję się doszczętnie pokonany, ale tylko przez moment, bo po chwili czuję potężny opór i szarpnięcie. I już adrenalina uderza na maksa. Więc wyskoczył zza kamieni. Węda jak najwyżej i pompuję go do góry byle tylko znów się nie władował w jakiś głaz. Znów serce wali jak młot i czuję w głowie jak czaszkę rozsadza ciśnienie. Karp posłuchał się i idzie teraz do lądu. Szybko zwijam i gdy on tylko zwolnił i zaczął ciągnąć, natychmiast odpuszczam hamulec. Zdaję sobie sprawę, że teraz karp znajduje się na otwartej wodzie i ciągnąć może mocno, rozpędzając się jak torpeda, a żyłka i przypon jest po przeżyciach masakrujących ją na kamieniach.

Wreszcie dostrzegam go pod powierzchnią wody. Właściwie zauważam nie tyle jego, co spory wir na wodzie i jakiś cień. Ale gdy tylko karp się zbliża i zauważa światło latarki, którą włączyłem, znów zrywa się do panicznej ucieczki. Nie mogę go ciągnąć na siłę, bo wiem, czym to się skończy. Wymanewrowuję go wreszcie do szczytowego boku pomostu i podnoszę. Ten zachłystuje się powietrzem, i zanurza, poczym pokazuje na powrót nad wodę swój przepastny pysk jak lej gąsiora i wpada ślizgiem do podbieraka. Włączam wolny bieg i odpuszczam żyłkę szerokim odgięciem ramienia. Teraz trzeba wyjąć podbierak z rybą z wody. Chwytam jedną ręką za obręcz, a drugą połowicznie sobie pomagam, bo przecież trzymam jeszcze wędzisko. Jest wreszcie nad pomostem i ląduje na materacu. Odkładam wędkę. Dyszę niezgorzej jak ten karp. Próbuję go odhaczyć, ale ten zrywa się na każde przysunięcie latarki. Cóż robić, jakoś udaje mi się na macanego w półmroku znaleźć żelastwo i uwolnić z niego pysk ryby.

Teraz trzeba wsadzić go jeszcze do saka, bo jest noc i foty nie wyjdą. Tak tylko sak mam o 10m dalej w torbie. Cholera co robić? Decyduję się na szybki manewr i spokojnymi, ale w miarę szybkimi ruchami wędruję do torby. Sięgam worek i idę do karpia, a ten zaczyna skakać i najpierw zrzuca wędzisko do wody, a potem sam w nią wpada. Nawet się nie zastanawiam tylko jednym susem ląduję na brzegu pomostu ze zwisającymi rękoma i głową w dół. Karp tak był zdziwiony tym wydarzeniem, że znieruchomiał z wrażenia. Capnąłem go w pół obiema rękoma i wyrwałem z wody na siebie, a następnie klasyczną zapaśniczą przewrotką ulokowałem z powrotem na macie. Och gdyby to widzieli nasi olimpijczycy, na pewno nie ponieśliby takiej porażki w zapasach w Atenach. Sam do teraz nie rozumiem jak znalazło się we mnie tyle werwy i niepowtarzalnego zadziałania.

No ale dosyć zachwytów nad sobą. Cały mokry, zdyszany, ale szczęśliwy, że karp nie zdołał uciec, załadowałem to wspaniałe zwierzę do saka. Udało się, do rana musi posiedzieć w worku, a potem odzyska wolność. Wyjąłem wędkę z wody i usiadłem w fotelu. Dyszałem jeszcze przez pół godziny. Cały mokry, ale zadowolony nawet nie czułem zimna. Właściwie było mi gorąco. Już wiedziałem, że to największy sazan mego życia. Owszem miałem większe karpie, ale sazana nie. Jakoś tak się trafiało. Przyszedł czas i w końcu obejrzałem zestaw. Ciężarek miał wyraźne ślady zderzenia z kamieniami, nawet miejscami małe wyrwy, a przypon z plecionki połowę nici obdartych. Miałem rację odpuszczając znacznie hamulec.

To była ostatnia ryba tej wyprawy. Rano ją zważyłem z przystaniowym, który zrobił mi również pamiątkowe foty. Misiaczek ważył 11 kg.

Teraz jeszcze tylko go wypuścić i można się spakować do drogi. Nachyliłem się, dałem buzi i opuściłem nad wodę, a ten nie czekając odwinął mi się ogonem w twarz i nura w te pędy do jeziora, robiąc przy tym takie pluski, że znów miałem całą twarz, klatę i ręce mokre.

< Film do pobrania 1,42 MB >

No to dawno nie miałem rybiego plasku... ze trzydzieści parę lat. A może to dobry znak na przyszłość? Oj długo będę pamiętał tego karpia i to wcale nie za sprawą jego rozmiarów, ale za jego waleczność i nieustępliwość do samego końca.

Bolesław "Wędkoholik" Michalski


– Komentarze –

Dopisz swój komentarz

autor - wózek
napisał:
kiedyś też miałem przygodę z karpikiem który nieżle mnie zmoczył...a było to tak: Jakoś w połowie maja, rano ok 3.00 melduję się na moim \"macieżystym\" jeziorku. Jak zawsze moje zanęcone łowisko nie zawodzi. Właśnie odczepiałem linka wycholowanego na bata, kiedy moja uwagę zwróciła druga wędka która jakby się poruszyła. w jednej chwili stało się rzeczywistością i wędka wpada z kładki do wody...kurde co jest myślę...? odkładam bata uwalniam lina i próbuję dosięgnąć plywającego kija. Kiedy mam go już prawie prawie, odjeżdża na wodę o jakiś metr. Próbuję go chwycić podbierakiem, a on znów czmych dalej. w końcu udało mi się zaczepić go wspomnianym już batem. Teraz się zaczęło... kiedy tylko pociągnąłem wędkę w stronę brzegu, coś co było zaczepione na drugim końcu, pokazało mi jaką siłą dysponuje... odjazd trwał może z minutę a wędka wypłynęła prawie na środek jeziora, tak że o mało nie straciłem jej z itak już, całą tą sytuacją, otępionego wzroku...Cóż chcąc-niechcąc, rozebrałem się i mimo iż pogodzie do stricte plażowej troszkę brakowało, czmych do wody. Dosyć szybkim kraulem dopływam do zupełnie już bezwiednie unoszącej się na powieżchni wody wędki. Pierwsza ocena sytuacji: coś było, już nie ma. Cóż wędkarski los. Myślę sobie lepiej zwinę wędkę tu po co mam się męczyć i płynąć z 3,60 metrowym badylem w jednej ręce. kiedy tak przebierając jak oszalały nogami, aby utrzymać się na powieżchni, zwijam żyłkę następuje tak potężne szarpnięcię że aż zanurzam się pod wodę. Tysiąc myśli w jednej chwili.. kurde co jest? co robić? walczyć? zerwać zestaw i wracać? ale nie! wpajany mi przez ojca od 4 roku życia duch wędkarstwa bierze górę, gdy z zanurzonego kołowrotka, wysnuwająca się żyłka robi taki chałas że słyszę ją na powieżchni... nie, nie odpuszczę ci rybi wariacie3! zobaczymy kto jest lepszy! Reguluję lużniej hamulec, aby zwiększyć dystans od ryby i powoli płynąc na plecach wycofuję sie do brzegu. Dystans który pokonałem w pierwszą stronę w jakieś 3-4 minutki, teraz z doczepionym małym pociągiem na wędce, zajmuje mi już jakieś 20, a do brzegu jeszcze daleko...W końcu jestem. Dużym palcem u targanej skurczem stopy wyczówam dno, jeszcze metr i stoję. Jest dobrze myślę. Oceniam sytuację. Hmmm...kiedy tak się wycofywałem z poluzowanym hamulcem ryba jakoś nie miała ochoty wracać do brzegu ze mną i została dosyć daleko. Teraz gdy już stoję na brzegu widzę że karp może zakończyć walkę w bardzo prosty sposób, wystarczy że zrobi jakieś 20 m odjazdu i wybierze resztę żyłki. Teraz nie mogłem już się poddać. ale jeszcze chwilę...wycofuję się pod kładkę. wspinam się. Trzęsącą się ręką sięgam po... a jak papierosa....(czasem sam się dziwie sile tego nałogu i swojej głupocie...) odpalam, biorę dawkę nikotyny. Cóż, troszkę uspokoiło nerwy. Ryba pływa tylko łukiem, jakby sama jeszcze nie chciała końvczyć walki, nie rusza na jezioro. Poczułem się już w miarę pewnie i myślę sobie, dam radę, żyłki wystarczy, wycholuję go już z kładki. podkręcam hamulec do maksimum. Rybka chyba poczuła się chyba urażona próba pompowania i dopiero teraz zrobiła zryw do przodu. żyłkja znikała w oczach... zacząłem widzieć metal szpuli...nic nie myśląc wskakuję do wody. Płynę znów wkierunku środka podążając za uciekającym potworem. Niestety ryba płynie szybciej ode mnie i nadal wybiera żyłkę... cóż tak silna żeby pociągnąć mnie to ona nie jest, więc wyjścia są dwa. Albo dokręcam hamulec na zero i trzymam się kuroczowo wędki (prawdopodobnie zerwany zestaw), albo puszczam wędkę na wodę luzemi daje karpiowi czas żeby sobie z nią troszkę popływał...wybieram drugą opcję. pusciłem, popłynął. Pierwsza odległość na jaką odpłynął, delikatnie mnie przeraziła, ale karp jak zahipnotyzowany odpływał i wracał, cóż szczęście...kiedy przepływał po raz kolejny chwyciłem za kij i postawiwszy wszystko na jedną kartę podciągnąłem trochę linki a potem otworzyłem kabłąk i zluzowałem żyłkę. Pomyślałem albo gnojka zdezoriętuję albo przegram...żyłka stanęła. Zabezpieczyłem. Powolutku zacząłem zwijać i podpływać w miejsce w którym żyłka wchodziła pionowo do wody i znów ja naprężyłem. Karp dalej siedział. Jest dobrze. dystans skrócony, wracam z nim do brzegu! Poszło w miarę gładko, pomijam już fakt że kilka razy nurkowałem i odczepiałem go z zielska w które się wplątywał ale dałem jakoś radę.Cóż już go widziałem, miałem go metr od podbieraka, kiedy to on piękny, na oko piętnastlowy sazan, okręcił się dookoła trzciny i delikatnym szarpnięciem zerwał przypon. Nawet nie próbowałem go złapać kiedy tak stał i już tak potwornie zmęczony poruszał majestatycznie swoimi wielkimi skrzelami i patrzył na głupka który przez dwie godziny kotłował się z nim w jeziorze...Pewnie gdyby potafił mówić powiedziałby REMIS Tomek, ja mu powiedziałem, Remis Karpiu.

May 24, 2007 1:02 pm

83.23.65.117


Każdy ponosi odpowiedzialność za treść umieszczanych przez siebie komentarzy. Zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarzy sprzecznych z ideą wędkarstwa, działających na jego szkodę, niezgodnych z prawem oraz wulgarnych. Natomiast mile są widziane wpisy o tematyce wędkarskiej.

>>GÓRA<<

Dziś mamy
Copyright © 2006  wszelkie prawa należą do twórców tego wortalu