Prawdziwa Oaza
Wracam w sobotę wieczorem do domu o wpół do dwunastej. Mam za sobą 330 km drogi. Jestem zmęczony i mam wszystkiego dosyć. Po głowie kołacze się tylko jedna myśl - gdzie by tu pojechać nad wodę i trochę odpocząć, ale nigdzie daleko, mam dosyć kręcenia fajerą. Wybór pada na powsińską Oazę. To tylko 15 km.
Przypominam sobie, że kiedyś obiecałem przybliżyć to łowisko prywatne. Pakuję więc cyfraka z nowymi bateriami. Wszystko jest przygotowane i spakowane. Jeszcze robię tylko ciasto, wyjmuję z lodówki kukurydzę w słoiku i robaki. Przebieram się w strój łowcy i wsiadam na powrót do bryczki. Gdy docieram nad jezioro Morgi zaczyna dopiero świtać.
Na co można liczyć na tym około dwuhektarowym jeziorze o głębokości do 2,5 m. W wodzie pływają karpie, karasie, liny, wszechobecny sumik karłowaty, płotki, a czasem i okonki, ale małe. Wielkość karpia nie przekracza 10 kg, ale na co dzień występuje taki od kroczka do 3 kg. Karaś i lin przeważnie do pół kilo, choć trafiają się większe. Byczki, hmmm. Na ogół małe, takie po 15 cm, ale to właśnie tu kolega złapał sztukę 1,83 kg. A poza tym, jest tu mnóstwo różnego ptactwa, które przepięknie śpiewa od rana do nocy.
W porannej mgle zanoszę rzeczy na stanowisko i montuję sprzęt. Po chwili zestaw spławikowy z kulką ciasta ląduje w wodzie. Za chwilę podrzucam zanętę. Już robi się jasno i widać spowite mgłą jezioro. Niebo różowieje i niebawem wzejdzie słońce. Wreszcie przez poranną mgłę z za horyzontu wyłania się pomarańczowa tarcza.
Wreszcie mgła opada i widać, że naprzeciwległym brzegu też już siedzą wędkarze. Śpiew ptaków koi moją zmęczoną duszę. Jak przyjemnie posiedzieć pomiędzy nadbrzeżnymi drzewami i krzewami pośród trzcin i słuchać tego ptasiego koncertu. Nagle jeden szary ptaszek usiadł na misce z zanętą i zaczyna brać się za poranny posiłek. Nic sobie nie robi z tego, że ja jestem obok. Najadłszy się dopełnia ceremonii i przed odlotem w gdzieś tylko jemu znanym kierunku, przysiada na moim wędzisku i czyści sobie dziób. Niestety nie mogę tego uwiecznić, gdyż najmniejszy ruch może go spłoszyć.
Rozgrzany porannymi promieniami słońca, powoli zaczynam odczuwać senność po nieprzespanej nocy. Nawet nie wiem kiedy zasypiam siedząc na stołku. W pewnym momencie jakby szarpany podświadomością, że coś się dzieje, budzę się i widzę przygiętą szczytówkę, a spławika nie ma. No tak - myślę sobie - poszedł w grążele. Dobrze, że był włączony wolny bieg.
Biorę wędzisko do ręki i zacinam. W odpowiedzi widzę przygięcie liści na wodzie, ale na szczęście tych pierwszych z brzegu. Naciągam żyłkę, ale ryba nie ustępuje. Luzuję i znów za chwilę naprężam próbując wyciągnąć go z plątaniny łodyg, jednak bez skutku. Powtarzam manewr i karp wychodzi z grążeli na czystą wodę. Po chwili karp jest już na brzegu. Tak "wielkiego" jeszcze tu nie złowiłem. Toż to medalowy karp. Jest tak wielki jak medal w klapie od munduru. Mieści się dosłownie w dłoni. Nawet nie fotografuję, tylko delikatnie odpinam i wypuszczam to niemowlę z powrotem do wody. Szaleje, to w lewo, to wprawo i jeszcze fikołek i w końcu odnajduje drogę w toni jeziorka. Śmiać mi się chce z tego kroczka i na pożegnanie każę mu przyprowadzić mamusię.
Nieco rozruszany i przebudzony karpikiem jak poranną kawą, postanawiam trochę pobawić się cyfrakiem.
Odbite promienie słońca w wodzie tworzą w obiektywie tęczę.
I jeszcze jeden widok.
Teraz kieruję obiektyw na rosnące nad wodą pojedyncze drzewo. Przy nim jest całkiem niezła miejscówka na karpie.
A to już moje stanowisko.
Na przeciwległym brzegu słychać jakieś ożywione głośne rozmowy. Facetowi wszedł karp w grążele. Wędkarz jest inwalidą i ma trudności z wyciągnięciem go na czystą wodę. Z pomocą przychodzi przystaniowy i na pontonie usiłuje wytargać zwierza zaplątanego w kupę zielska. W końcu karp wylądował na brzegu i waga pokazała 3,5 kg. Jak na to jeziorko to już całkiem przyzwoity wynik.
A u mnie nic ciekawego. Brania wprawdzie są i to intensywne, ale to drobnica. Spławik tylko wyprawia jakieś tańce na wodzie, podskakuje, podryguje, maszeruje w lewo, w prawo, podnosi się i przymruża, ale pod wodę nie nurkuje. Zaciąć też nie można. Co jest u licha. Czyżby u mnie w łowisku były same takie jak ten co wyjąłem?
Na stanowisku obok słyszę głośny powtarzający się chlupot. Sąsiad złowił właśnie karpia. Całkiem, całkiem.
A u mnie nic, tylko ten taniec spławika. Znów ten błogi nastrój mnie usypia.
Budzę się po godzinie, ale tym razem niespodzianek nie ma. Zmieniam przynętę i postanawiam wziąć się solidnie do roboty. Podsypuję trochę zanęty. Cierpliwie czekam. Nie spuszczając oka ze spławika szykuję kanapki. Posilam się i bacznie obserwuję, ale nic ciekawego się nie dzieje. Po śniadaniu na deser popijam piwko, a tu wreszcie mój spławik zanurza się i nurkując wybiera żyłkę. Zacinam i czuję opór. W końcu po krótkim holu ląduję go na pomoście. Nie jest duży, ale to już dobra kilówka z okładem. Wreszcie i mnie się udało.
Do wieczora mam jeszcze sporo brań, ale wszystko dziś kończy się na tanecznych ruchach spławika i kolejnych zmianach przynęty. O ósmej postanawiam zrobić odwrót. Pakuję sprzęt i zanoszę do samochodu. Ma się ku zachodowi. Postanawiam podjechać na drugą stronę jeziorka i zrobić jeszcze parę zdjęć brzegu na którym spędziłem cały dzień.
A tu już widać moje niedawne stanowisko. Licząc od lewej strony, znajduje się w pierwszej luce między drzewami.
A tu w tej szerokiej luce pomiędzy drzewami jest ulubione miejsce mojego kolegi Michała, a dalej na prawo dobre miejsce do połowów powierzchniowych karpia.
W końcu całkowicie odprężony i wypoczęty psychicznie, wracam do domu. Myślę, że dla tego łowiska nad jeziorem Morgi nie ma trafniejszej nazwy jak właśnie Oaza, bo jest to miejsce prawdziwego spokoju i wypoczynku na łonie natury, a jednocześnie położone bardzo blisko dla mieszkańców Warszawy.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski
– Komentarze –
Dopisz swój komentarz