Karp na mulistym dnie
Dziś mamy wiele już łowisk, w których pływają spore karpie i liny, ale zdarza się, że owe łowiska są z jakiś powodów bardzo trudnymi i choć dręczeni chęciami zapolowania na te ryby, rezygnujemy właśnie z powodu owych trudności. Czasem będzie to mocno zarosłe dno łowiska, czasem zwalone do wody drzewa przy brzegu jeziora, czasem jakieś kołki lub zalane wodą krzewy, a czasami bardzo muliste dno jeziora. Właśnie ten muł uniemożliwia nam połów Karpi i linów z dna jeziora, bo przynęta tonie w miękkim podłożu dna i staje się niedostępna dla ryb, nawet pomimo ich wspaniałych zdolności zasysania pokarmu. No bo jak niby ten karp czy lin ma zassać pożywienie ze śmierdzącego gnijącego mułu, gdy ma on jeszcze grubość około 30, a może nawet 40cm. Postarajmy się zastanowić, czy do końca jesteśmy w takiej sytuacji bezradni, czy może znajdziemy lekarstwo na tę bolączkę.
Otóż parę rozwiązań można wtedy zaproponować, by mimo tego utrudnienia zapolować skutecznie na te piękne i silne ryby. Najpierw rozważmy jak taki muł rozkłada się na dnie i gdzie będziemy mieli największe szanse złowienia. Najwięcej mułu znajdzie się z całą pewnością w dołkach a stosunkowo dużo mniejsza jego warstwa będzie na spadku z podwodnych górek lub spadku dna w okolicach końca roślinności wynurzonej, czyli tam gdzie ten spadek zwiększa swój kąt nachylenia. W tych miejscach muł się najłatwiej ześlizguje w dół i to jest właśnie powodem zmniejszenia się jego pokładów.
Kolejną sprawą jest jakość mułu. Jeśli jest gnijący to oczywiście ma to wpływ niekorzystny na przyciągnięcie ryb w takie miejsca. Ale nie fermentujący zbytnio muł nie musi bardzo odstraszać ryb i woda może obfitować w niezłe ryby, jeśli jest to w strefie trzcinowiska lub roślinności zanurzonej albo pasa porośniętego grążelami. Lepiej jednak jeśli znajdziemy miejsce gdzie procesy rozkładu cząstek mułu będą tlenowe. Osobiście za najlepsze wybrałbym grążelowisko na lekko opadającym dnie. Natomiast całkowicie zrezygnowałbym z miejsc dość silnej fermentacji mułu lub mułu zbyt uwodnionego, rzadkiego. Fermentujący muł bardzo wyraźnie daje nam wskazówkę dość znacznym bomblowaniem gazowych produktów procesów gnilnych.
Wybieramy wpierw na oko miejsca które wydają nam się najbardziej obiecujące. Następnie sprawdzamy markerem głębokości w poszczególnych miejscach i badamy spadek dna. Im większy spadek dna (bez przesady) tym lepiej. Następnie sprawdzamy warstwę mułu, a dokładniej tę warstwę mułu, w którym zatonie nasz ciężarek główny. Całość tej zabawy z gruntowaniem i analizowaniem dna opisałem w artykule < Myszkujemy po dnie łowiska >. Najlepiej jeżeli efektem naszej pracy z gruntowaniem łowiska będą dwa lub trzy wybrane stanowiska. Zawsze któreś może okazać się niewypałem a i czasem ktoś może nas podsiąść.
Jeżeli zamierzamy łowić z lądu to na wszelki słuczaj należy mieć w pogotowiu łódkę lub ponton. Wędzisko lepiej mieć dłuższe, bo łatwiej manewrować rybę i odciągać ją od zawad jakimi są rośliny. O tym, że musi być mocne i najlepiej o progresywnej akcji, nie trzeba już chyba przekonywać nikogo. To ono będzie obok naszych umiejętności i hamulca kołowrotka najważniejszym sprawcą sukcesu. Z łodzi zastosujemy znacznie krótsze wędzisko - około 3,3m.
Teraz musimy obrać technikę, przy pomocy której będziemy łowili. Jeśli mamy dostęp z brzegu do ustawienia naszego wędkarskiego stanowiska, to spróbowałbym się pokusić o zastosowanie techniki gruntowej z zestawem włosowym. Musimy go jednak przygotować tak by nasza przynęta była dobrze wyeksponowana tuż nad mulistym dnem. Przynęta nie powinna zanurzać się w mule, gdyż będzie mniej widoczna, a zarazem będzie nabierać powoli zapachu mułu.
Przy cienkiej warstwie mułu (do 10cm), dosyć rzadkiego, robimy tradycyjnego łamańca zakładając przynętę pływającą. Ale gdy warstwa mułu jest dosyć spora np. około 30cm (powyżej pół metra mułu rezygnujemy z miejscówki) stosujemy zestawy z dodatkowym kółkiem bezpośrednio przy ciężarku. Długość przyponu musi być o około 5cm większa niż warstwa mułu. Wówczas mamy pewność, że nasza przynęta znajdować się będzie nad mułem w warstwie czystej wody. Przynęta winna być nad haczykiem. Z reguły w takich łowiskach mamy do czynienia z karpiem, ale też z linem i karasiem. Nasza przynęta winna być więc niezbyt duża by zechciały ją wziąć i te rybki, zresztą także nie małych na ogół wymiarów. Jeśli przynętę będą stanowiły kulki to nie powinny być większe jak 14mm a skłaniałbym się do rozmiaru 12mm.
Teraz spróbujmy zbudować nasz zestaw. Osobiście założyłbym ciężarek przelotowy. Zazwyczaj będziemy łowić na niezbyt odległych łowiskach więc 50g w zupełności wystarczy, max. 70g. Kształt płaski, by powierzchnią dobrze opierał się o dno mułu, a najlepiej szybko wznoszący się ku powierzchni, żeby przy ściąganiu zestawu nie rył w mule, a jak najszybciej wyszedł z niego w warstwę czystej wody. Na lince głównej dowiązujemy krętlik z karabińczykiem co umożliwi nam w razie konieczności na szybką wymianę przyponu. Po zmontowaniu zestawu, na karabińczyk nasuwamy kawałek silikonowej koszulki. Do przyponu dowiązujemy od strony ciężarka kółeczko na pętelce, co zapewni nam swobodny ruch przyponu.
Następnie należy się zastanowić nad wyborem najlepszego przyponu. Przynęta będzie pływająca. Ponieważ zarówno karp, karaś, jak i lin biorą na kulki proteinowe, więc proponuję zastosować pop-up’y. Oczywiście każda inna pływająca przynęta możliwa do założenia na włos wchodzi tu w rachubę. Rozwiązań wiązania haczyka jest parę. Przy hakach z szerszym łukiem kolankowym można zastosować Stiff Rig np. na amnezji lub plecionce o zerowej pływalności. Osobiście wolę plecionkę. Można wykonać włos po przywiązaniu haczyka do plecionki i zastosować koszulkę, bądź omotkę do regulacji długości włosa. Kolejnym wiązaniem może być klasyczny węzeł bez węzła z wysoko wychodzącym włosem w wiązaniu Line-Aligner lub podgiętą koszulką przy oczku.
Innym rodzajem węzła, który można wykorzystać stosując haki „bananowe”, to znany D-Rig. Kolejnym niezłym jest Sliding Ring Rig. Ale chyba jeszcze lepszym i prostrzym jest Blow Out Rig na haku z prostym wydłużonym trzonkiem i stosunkowo wąskim łukiem kolankowym. Wiązałem go również na „bananie”. Ponieważ tego wiązania nie omawiałem wcześniej w artykule < Łowię karpia >, to postaram się mu poświęcić nieco uwagi. Jest to zestaw bardzo chwytny i właśnie doskonale sprawdzający się w omawianych warunkach. Możemy go wiązać na kilka sposobów, ale w zasadzie na miękkiej pływającej lub o neutralnej pływalności plecionce. Ja zaczynam od zarobienia oczka na włosie, a następnie od przywiązania przymierzonego do haka kółka. Potem nakładam kółko na haczyk i przekładam żyłkę przez oczko haczyka, a następnie wiąże węzeł bez węzła na osiem oplotów i zabezpieczam go koszulką.
Jeżeli już szykujemy się na wyprawę nad wodę z tym bardzo mulistym dnem, to nie żałujmy czasu i przygotujmy sobie ulubione i sprawdzające się na naszym łowisku zestawy w większych ilościach. Najlepiej uzbroić je wcześniej w kulki i włożyć w dipy, a nad wodą tylko wyjmować ze słoików i dopinać do karabińczyka. Znacznie mniej stracimy jałowo czasu nad wodą. Dlaczego tak? Bo nad wodą nie będzie czasu na znaczne nasączenie przynęty aromatem, a z zanętą to w tym wypadku troszkę inaczej będzie. Jaką techniką byśmy nie łowili to nie możemy zarzucić dna paszą, bo zalegnie w niej głęboko i nic z niej nie będzie. Najwyżej za tydzień zacznie gnić i dodatkowo zniszczy nam łowisko.
Więc jak przyciągnąć kochane rybki. Tylko aromatem na przynęcie i zastosować trzeba lekką zanętę silnie aromatyczną ale niemal jak uklejową, wolno opadającą na dno smużąc dookoła i roznosząc zapachy. Dlatego wrogiem naszym będzie wiatr i najlepsze są dni spokojnej pogody. Wtedy zanęty takiej nie znosi z miejsca zarzuconej przynęty. No właśnie teraz jak określić dokładnie gdzie ona tam nad mułem się znajduje?
Otóż przed zarzuceniem należy na hak założyć chrupka kukurydzianego, którego kawałki po zarzuceniu namiękną i wypłyną na powierzchnię dokładnie nad miejscem gdzie w znajduje się przynęta. Są to chrupki grubsze w budowie, dające się zginać na pół i doskonale pływające dzięki silnie porowatej strukturze. Oczywiście dziś już produkuje się sztuczne rozpuszczalne takie, gąbczaste chrupy i można z nich skorzystać, jednak na naszym rynku ciężko je zdobyć, więc opisuję starsze sposoby. Wadą tych sztucznych jest to, że nie na wszystkie substancje dipujące i aromatyzujące są odporne jak PVA. Zaletą dodatkową takich chrup jest fakt trzymania przez pewien czas mocno do góry przynęty z hakiem, gdy po zarzuceniu zestawu zmąciliśmy dno i muł z powrotem opada. I tu dłużej trzymają się haka naturalne.
Po zarzuceniu nieco poczekajmy by ciężarek dobrze osiadł na dnie i dopiero naciągnijcie zestaw. Gdy chrupa wypłynie na powierzchnię i woda się na dobre uspokoi, możemy przystąpić do nęcenia. Robimy to procą lub łyżką. Małymi porcjami kulkami wielkości orzecha włoskiego lub małej mandarynki, ale zanęta musi się rozbić uderzając o powierzchnię wody. Smużąc i opadając powoli w dół, musi uwolnić z siebie aromaty i roznieść je w wodzie. Nie przejmujmy się drobnicą, ona może jedynie przyciągnąć nam ryby o wymiarach, o których marzymy.
Gdy zatniemy nie możemy dać nawet najmniejszego luzu. Tu zaczyna się prawdziwe przeciąganie liny. Rybę trzeba jak najszybciej wyprowadzić na wolną od roślin wodę. Jeżeli uda jej się zawinąć wokół roślin i zrobić bukiet, przegraliśmy. Podejmujemy walkę natychmiast po braniu, bo zacięta hakiem ryba pruje od razu w gąszcz zaroślin.
Im bliżej lata, coraz więcej robactwa znajduje się w wodzie, a szczególnie na roślinach. Ryby mają wyżerkę do oporu i żadne przysmaki przy dnie nie skuszą by tam zajrzały. Do tego wzrost temperatury wody wzmaga procesy zachodzące w mule działając odpychająco na naszych ulubieńców. Wtedy nasze gruntówki mogą stać bez najmniejszego nawet miałknięcia sygnalizatorów całe tygodnie. Żadne zaklęcia nie pomogą. To wyraźna oznaka, że należy zmienić taktykę. No cóż nasze ciężkie i mocarne karpiówki po co najmniej 3lb należy zostawić w futerałach. Bierzemy się za delikatniejszy sprzęt. W grę wchodzą teraz mocne sprzęty, ale po 1,5lb i to szczególnie dynamicznie pracujące. Zaczynamy się bawić w spławikówkę.
Co, coś nie tak? Ktoś protestuje, że na karpie ze spławikiem to profanacja tej dyscypliny wędkarstwa? Mam to gdzieś. Niech stoi dalej ze swą gruntówką i narzeka. Z resztą ta sytuacja często spotyka również łowców na zarośniętych wodach wcale nie posiadających dna z dużym mułem. Trzeba podsunąć coś odpowiednio atrakcyjnego bliżej miejsca żerowania i to z całą pewnością będzie rejon bliżej powierzchni wody, tak do około pół metra pod nią, a czasem może się okazać że nawet 10cm pod zwierciadłem wody jest idealnym miejscem na naszą przynętę.
Spławik mały smukły, tylko taki by utrzymał się na powierzchni pod ciężarem opadającej w kierunku dna przynęty. Najlepiej centrycznie przelotowy, ale jeśli zwykły to mocowany do żyłki na końcach wentylkami, by prując wodę przez rośliny nie zaczepiał się o nie zdecydowanie pomniejszając naszą szansę na udany hol. Najlepszym kolorem będzie tu brunatno-zielony, skutecznie upodabniający do obumierających, znajdujących się na wodzie gałązek roślin. Zestaw jest bez obciążenia, tu wystarczy ciężar przynęty.
Naszą przynętę zaserwujemy wprost pod liście grążeli, a każde baranie kwitujemy natychmiastowym zacięciem, więc żyłka nie powinna tworzyć zbytecznych zwisów. No i co teraz na haczyk? Tak nie pomyliłem się - na haczyk bez włosa. Tu trzeba rozwinąć własną inwencję. To może być czerwony robaczek zdipowany uprzednio w śmierdziuchu, ale może być również tłuściutki ślimaczek. Założonych kilka kłudek na haczyk, czy wygrzebanych przy brzegu z mułu bezkręgowców, nie powinny ominąć rybki. Także skorupiaki są dobrym kąskiem. Taką małą krewetką ze sklepu, czy obłupanym z pancerza zdobytym amerykańskim rakiem z hodowli (rodzime są pod ochroną i wędkarze nie mogą używać ich na przynętę) nie pogardzi żaden karp, tym bardziej jak podrasujemy aromatem. Nawet na kawałek kałamarnicy nie powinny być obojętne. No ale to już delikatesy cenowe.
Wspaniałą atrakcją w takich połowach jest podejście ryb z wody. Nie ukrywam, że wyciąganie na środek jeziora z gąszcza roślin sporego karpia może być niekiedy łatwiejsze, ale podebranie go do łodzi ma swój urok, szczególnie jak łódka nie jest dużych rozmiarów.
Jestem przekonany, że nad niektórymi wodami w pełni upalnego lata, dobrym może się okazać połów powierzchniowy. I tu upatrywałbym jako przynęty przede wszystkim różnej maści sporych owadów muchowatych, czy też koników polnych. Jednym słowem robactwa. No ale na temat tych połowów napisałem w oddzielnym artykule < Karpie z powierzchni >.
Na jesieni możemy wrócić znów do połowów gruntowych i spróbować swego szczęścia w omówiony wcześniej sposób. Czasem takie trudne łowiska, porzucane przez innych może się okazać prawdziwym rajem dla wytrwałego wędkarza.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski
– Komentarze –
Dopisz swój komentarz