Upalna majówka
Dojeżdżam z Karolem na łowisko w samo południe. Jacek już czeka. Dla mnie to rozpoczęcie sezonu. Koledzy początki mają już za sobą. Żar z nieba jak w lipcowy upalny dzień, a przecież to dopiero końcówka maja. W miarę szybko i sprawnie jak przy takiej pogodzie rozkładamy graty i zajmujemy stanowiska. Po chwili łowisko zanęcone i zestawy są już w wodzie. Teraz tylko trzeba czekać na amatorów naszych kulek.
Z początku nie widać ani spławów, ani brań nie ma. Dopiero gdy słońce zaczęło chylić się do linii horyzontu rybki jakby się ożywiły. Widać im też dokuczał ten skwar z nagła przybyłego lata. Są pierwsze pluski w łowisku i pierwsze brania. Na macie ląduje pierwszy karpik. Dla porządku warzymy. Ma 3,80 kg. Po nim kolejne karpie.
Dziś jednak to Karolowi dopisuje najwięcej szczęścia. O zachodzie słońca siada mu spory karp. Nie daje za wygraną przez kolejne minuty. Jest w dobrej kondycji i na jego kapitulację musimy troszkę poczekać. W końcu ląduje w podbieraku. Jest jeszcze na tyle widno, że po zważeniu zapraszamy go od razu do sesji zdjęciowej. Karolem adrenalina targa na maxa, gdy starowana waga wykazuje 12 kg.

Ale to nie jest jeszcze koniec radości Karola. Wywozi ponownie zestaw i siada razem z nami do grilowanej kolacji. Tylko zdążyliśmy zjeść kiełbaski, a tu piskliwym wyjcem, sygnalizator oznajmia kolejnego amatora kulek na wędce Karola. Jest już zmierzch i ledwo widać żyłki. Oby tylko nie splątał zestawów. Karol czuje, że to nie jest osesek, ale godny jego przeciwnik. Karp daje się wprawdzie przyciągnąć do nabrzeża, ale wcale nie ma zamiaru odejść od dna. Kręci kółka i ósemki, a czas płynie. W końcu pokazuje się pod powierzchnią. Jesteśmy już pewni - to kolejny dychacz jak w drut. W końcu poddaje się i wpływa do podbieraka. Dziś tylko ważymy i umieszczamy rybkę w saku. Jest za ciemno by robić foty. Karol jest rozpromieniony. Tym razem ma równą trzynastkę na koncie.
Do rana karpie biorą już sporadycznie. Dają nam trochę potrenować oko. Rano pijemy kawkę i zjadamy śniadanko. Minęła ósma. Karol przygotowuje się do sesji zdjęciowej. Nagle rozlega się przyjemny dla ucha pisk. Nie co zdziwiony patrzę, że to przy moim wędzisku obraca się szpula w betoniarce. Dwa susy i jestem przy wędce. Za chwilę czuję przyjemne powolne ale jakże dodające emocji silne pulsowanie. Po paru minutach karp robi już tylko odjazdy przy pomoście. Pokazuje się na moment i serce raduje się tym widokiem. Przez głowę przechodzi tylko myśl - oby teraz tylko nic nie spieprzyć. W końcu karp ląduje w podbieraku i na macie. Postanawiamy wpierw zważyć i fotografować świeżo złowionego, a potem zająć się tym Karola w saku. Ten karp ma 9,70 kg. Choroba ciut zabrakło do dychy. Widać za mało zjadł kulek. No ale należy zauważyć, iż ta leżała od jedenastu godzin w wodzie, co dobrze świadczy o nich i użytych aromatach.

Wypuszczamy tego niedorostka i zajmujemy się szczęśliwą trzynastką Karola. Jest bardzo energiczny i silny. To dowód, że sak Tandety Baits jest super. Z resztą nowiutki podbierak TB został rozdziewiczony i też zdał egzamin. Za to nowiutkie wędki tej firmy oceniam nieco bardziej mizernie. Nie powiem raczej złamać się nie mają szans, bo gną się po rękojeść. Ale czy taka praca wędziska może satysfakcjonować? Tylko przy walce z bardzo bliskiej odległości przy siłowym holu, ale wtedy wymagana jest progresja, której tu brak całkowicie. No dobra, to temat już na recenzje, a nie na reportaż. Wracamy do Karolowego karpia. Skubany próbuje fikołków na macie. Zmieszanemu Karolowi radzę by go pogłaskał, bo primo na to zasłużył, a po sekundo misiaczki lubią pieszczoty. Karol patrzy na mnie ze zdziwieniem, ale niemal odruchowo głaszcze bestię. O dziwo się uspakaja i daje się wziąć na rączki.

Prawdę mówiąc skwar tego piątkowego dnia był niemiłosierny. Właściwie patrzyliśmy tylko jak i gdzie schować się w cień. Jakby to było dobrze gdyby powiał konkretnie trochę wiaterek. Karpie nie brały, więc z materaca skorzystałem z wielką ochotą. Taka drzemka przed kolejną nocką dobrze zrobi.
Po południu nagle w jednym momencie, w gwałtownym porywie, następuje zmiana kierunku wiatru. Czyżby oznaczało to koniec dobrych bądź co bądź brań? Faktycznie wieczorem równie słabo biorą jak za dnia. O pierwszej tracimy nadzieję na konkretne branie i chwytamy drzemkę do rana. Rano zmiana kulek i czas na śniadanko. Ale nie tylko my zgłodnieliśmy. Karpie wreszcie ruszyły. Trochę trójeczek i mam coś konkretnego. Niestety, przy brzegu wypina się. Ponownie zestaw ląduje w łowisku, a my znów zaczynamy szukać chłodu. Wspinamy się na skarpę i siadamy pod drzewami. Stąd będzie słychać branie.

No i po chwili usłyszałem. Biegiem w dół i jessss. Opór świadczy o wielkości karpia. Jest nadzieja na kolejną ładną rybę. Hol do brzegu idzie dosyć gładko, ale chwilowe zrywy karpia mówią same za siebie. W końcu jest blisko i widać złociste błyski w prześwietlonej słońcem wodzie. Adrenalina podnosi się we krwi. Jeszcze parę jakże długich minut i karpisko ląduje w podbieraku. Jest mniejszy niż poprzednie medalowce, ale cieszy oko. 8,70 uprzyjemnia wyprawę.

Dalej gorączka w powietrzu urywa brania karpi. Siedzimy pod drzewami na skarpie i zastanawiamy się co robić. Przyglądamy się gładkiej jak glazur wodzie i obserwujemy kilka dostrzeżonych stadek spławiających się karpi. Co i raz wystawiają pyszczki na powierzchnie i łapczywie chwytają powietrze jakby miało im to przynieść ulgę. Na powierzchni pozostają tylko niczym mydlane bańki, bąbelki z powietrzem.

Coraz bardziej marzy się nam wanna i prysznic i w końcu zapada decyzja. Jedziemy do domu do chłodnej wody z kranu, którą z radością lać będziemy na głowy i całe spalone słońcem ciało. Spakowani, dziękujemy sobie za wspólnie spędzony czas nad wodą i rozjeżdżamy się do domu.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski
– Komentarze –
Dopisz swój komentarz