Glinianka Kwaszarnia k/Błonia
Jako, że mieszkam w Warszawie w kręgu moich zainteresowań są łowiska w jej okolicy. Od kolegi dowiedziałem się, że w starej gliniance usytuowanej pomiędzy Grodziskiem Maz. i Błoniem, pływają spore misiaczki. Akwen nazywany jest Kwaszarnią z uwagi na fakt, iż jeszcze do niedawna topiono w nim beczki z ogórkami. Trochę podekscytowany postanowiłem z moim kompanem wypraw karpiowych Karolem, zobaczyć jak to wygląda. W pierwszych dniach czerwca pakujemy się do samochodu i obieramy właściwy kierunek. W końcu parkujemy na wysokim po tej stronie nabrzeżu. Uzbrojeni w lornetki i aparaty foto zaczynamy zwiedzanie.
Opiekunem wody jest koło PZW z Grodziska Mazowieckiego. W miejscu gdzie kiedyś topiono beczki, dziś między palami utworzono krześlisko. W kilku miejscach w pobliżu brzegu widzimy wystające kołki z wody
Woda choć nie duża wydaje się całkiem niezła. Otoczona roślinnością, miejscami ukwieconą, a i powietrze czyste, aż się chce oddychać.

No ale celem naszym są karpiki, a w marzeniach wiadomo jakich rozmiarów. Rozglądamy się uważnie, czy gdzieś na wodzie nie dostrzeżemy spławów. W końcu są pojedyncze karpie i choć nieduże takie około trzech kilo, to już nam się śmieją pysie, bo to może być dobry znak.
Szybko orientujemy się, że zbiornik składa się z dwóch niecek przedzielonych wypłyceniem o zróżnicowanym dnie. Wypłycenie składa się z kilku garbów tworzących jakby podwodne groble. Drugi brzeg jest łagodny, ale niedostępny samochodem. Szukamy więc miejsca po stronie do której dojechaliśmy nad ten akwen. W miejscu gdzie pod wodą jest wypłycenie, z lądu wychodzi w toń wody płaska grobla. Cała zarośnięta od strony wody trzcinowiskiem.

Postanawiamy sprawdzić jak wygląda ta grobla z bliska i poszukać miejsca na przyszłe zasiadki. Już wiemy, że jeśli tylko będzie gdzie rozpostrzeć stanowiska, to półwysep stwarza najlepsze warunki po tej stronie stawu. Okazuje się że nie my jedni byliśmy tacy odkrywczy i znajdujemy dwa miejsca gdzie będzie można ustawić swoje stanowiska. Karol szybko zajmuje miejsce na ścieżce jednego z dojść do wody,

a ja już mam drugie.

Postanawiamy jednomyślnie, że właśnie to będzie miejsce naszej najbliższej zasiadki. Planujemy przyjechać w sobotę po Bożym Ciele. Mamy więc trochę czasu, by poczynić odpowiednie przygotowania. Trzeba było wszystko przemyśleć. Ponieważ woda obfituje w leszcze i karasie w grę wchodziły oczywiście kulki i jak nam się wydawało, by zwiększyć ukierunkowaną selekcję, postanawiamy, że naszymi wyrobami będą jomby. Robimy w dwóch aromatach - śmierdziele i owocowo orzechowe. Któreś muszą być skuteczne.
Wreszcie w sobotę lądujemy nad wodami Kwaszarni w pełnym rynsztunku. Wita nas słońce, ale przed chwilą lało jak z cebra i wędkarzy jakby wymiotło z nad wody. Szybko się rozstawiamy. Zarzucić zestawy musimy na około 70 - 80m. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że z powodu zakazu pływania łodzią, pozostaje nam jedyna droga nęcenia doczepionymi torebkami PV do zestawu i donęcanie procą. Montujemy po dwa zestawy i zarzucamy. Ustawione stanowiska są bardzo proste, żeby nie powiedzieć prymitywne, ale według nas całkowicie satysfakcjonujące.

Znaleźć można tu również dobre miejsce na biwak. Gałęzie skutecznie dają cień. Teraz przyszedł czas na obserwację tego co się dzieje na wodzie. Niestety do wieczora nie zauważamy nawet pojedynczego choćby jednego spławu karpi.

W nocy dosięga Kwaszarnię burza, ale na szczęście przechodzi bokiem i tylko straszy grzmotami. Do rana praktycznie dwa razy tylko pisnęły sygnalizatory, ale chyba to były tylko trącenia ryb o żyłkę. Zmienna pogoda, duże i szybkie zmiany ciśnienia oraz przechodzące fronty atmosferyczne, zaczynają powoli przekonywać nas o nadchodzącej klęsce wyprawy. Niedziela wprawdzie jest słoneczna, ale brań nie mamy. Około południa zjawia się wędkarz, ale bez wędek. Jak się można domyślać, SSR czuwa. Ale są to grzecznościowe odwiedziny i jak się okazuje, ów człowiek dobrze zna realia tej wody. Już w pierwszych wymianach zdań dowiadujemy się, że to jest to bardzo trudne łowisko. Praktycznie należy rzucić w punkt. Jak wynikało z rozmowy to nam się udało to zrobić dosyć dobrze. Miejsca, które wybraliśmy po sądowaniu, były tymi, o które tu chodzi. Ale niestety wykonaliśmy jeden błąd. Pomimo, że dno jest twarde, nasz rozmówca twierdził, iż lepiej spisują się tu kulki pływające i to znacznie mniejsze. Niestety takich nie mieliśmy. Należało je ustawić tuż nad dnem. No cóż tak też się zdarza. Na dodatek dowiedzieliśmy się, że te odpowiednich wymiarów karpiki, już się wycwaniły i biorą niezwykle rzadko.
W przyszłości będziemy już o pewne doświadczenia mądrzejsi. Dodatkową korzyścią ze spotkania z miejscowym wędkarzem, było dokładne rozrysowanie ukształtowania dna. Karol przeniósł to w domu do komputera.

I choć nasz wyjazd zakończył się powrotem na tarczy, to postanowiłem to łowisko przybliżyć, bo parę osób pytało mnie o łowiska karpiowe wokół Warszawy. Myślę że te skromne, ale zawsze informacje, mogą się komuś z braci karpiarskiej przydać. Łowisko wbrew pozorom nie należy do łatwych i może dać wiele satysfakcji z osiągniętych wyników. Mało kto tam może się ponoć pokusić o okazałą sztukę. Trzeba dużo cierpliwości i samozaparcia.

Do zobaczenia nad wodą, kiedyś tu wrócimy.
Boles3aw "Wedkoholik" Michalski
– Komentarze –
Dopisz swój komentarz