Zapraszamy wszystkich do   czynnego udziału w dyskusji   na forum karpiowania


 Tu znajdziecie wiele infor-   macji o naszym wędkarstwie   i rybiografii.



 Aby móc łowić misiaki   świadomie i żeby nasze wy-   niki nie były zgoła przypad-   kiem losowym i pechem   karpia, należy wpierw za-   poznać się ze zwyczajami i   biologią tych ryb. Kierując   się tą myślą, przedstawiamy   parę słów o zchowaniach   cyprinusów. <więcej>


 Szykując się na wędkarską   wyprawę karpiową musimy   pomyśleć co i jak wyszyko-   wać, co nam będzie potrze-   bne i jak zamierzamy łowić.   To bardzo ważna sprawa by   dobrać odpowiedni sprzęt   oraz przemyślaną metodę i   technikę połowu ryb. Nigdy   nie robimy tego na łapu   capu. Te przygotowania to z   całą pewnością część na-   szego wędkarskiego jestes-   twa i radości z karpiowania.   <więcej>


 Trudno sobie wyobrazić, aby   zabrakło na tej stronie   rozważań o zanętach mają-   cych zwabić i przechytrzyć   karpie.
 Masz wypróbowane prze-   pisy zanęt, czy przynęt   karpiowych i chciałbyś   podzielić się tym z innymi?   Napisz do nas, a my je   opublikujemy tu na stronie.



 Tu przedstawiane są łowiska   karpiowe.  Łowiska te mają   szczególne walory wędkar-   skie, a czasem i przyro-   dnicze. Wiąże się z nimi   wiele pięknych wspomnień   wędkarskich i nie tylko.
 Jeśli znasz ciekawe łowiska   i zechcesz się tym podzielić   z nami, prześlij opis, a   opublikujemy.



 To dział zawierający opinie,   recenzje i pomysły związane   z karpiowym sprzętem   wędkarskim. < więcej >


 Przez lata wędkarskiego   życia nazbierało się sporo   przygód, wspomnień i prze-   żyć z kolegami, zdobywało   się doświadczenie, pozna-   wało nowe techniki i me-   tody, przebyło wiele spotkań   z przyrodą i karpiami. Część   z nich została przelana na   papier. <więcej>


 W tym miejscu znajdziecie   wszystkie artykuły, które   można ściągnąć sobie i   wydrukować. <więcej>



Jazgarz złota rybka  

Jest końcówka lipca dwutysięcznego. Zaczyna się najlepszy okres do połowu karpia. Nie tego wigilijnego, ale tego przyjemnego misiaczka-prosiaczka. Akurat mam trochę wolnego w robocie. Andrzej też mnie namawia, aby gdzieś wyskoczyć. Nie wierzy w moje opowiadania o pięknych tłuściochach, ale daje się skusić na ten rzekomy fishing paradaise.

Około godziny jedenastej wyjeżdżamy we trójkę z Warszawy (w roli kibica jedzie moja żona). Sprzętu tyle, że polonez przygięty, prawie wlecze chlapakami po asfalcie. Po prostu na karpie nie da się inaczej. Na miejscu lądujemy przed trzynastą. Rozpościeramy graty nad wodą. Andrzej jak zwykle ma gotowe wędki do rzutu. Ani się obejrzałem, a jego zestawy już wylądowały w łowisku. Za chwilę słyszę plusk. On już nęci, a ja jeszcze w lesie. W końcu i ja mam gotowe zestawy i zanętę. Przyjmuję odwrotną taktykę. Najpierw zanęta ląduje w wodzie i zestaw ze sprężyną, a potem. No właśnie i tu się zaczyna. Na moje nieszczęście założyłem nowy spławik. Próbuję zarzucić dokładnie w obrany punkt, a ten albo szybuje gdzieś w bok, albo plącze zestaw, to znów żyłka jak na złość przycina się w oczku. Zaciskam zęby i próbuję dalej. Mija pół godziny. Żona już się śmieje i pyta kąśliwie: "Czyżbyś spinningował, miałeś przecież łapać karpie". Nic nie mówię, tylko dalej walczę z tym przeklętym spławikiem. Widzę jak Andrzej odwraca głowę i śmieje się. Bardziej bawią go moje spławikowo-rzutowe akrobacje niż wędkowanie. W końcu producent wygrał ze mną i piękny kolorowy wagglerek ze złotymi gwiazdkami na korpusie ląduje tam gdzie jego miejsce, w czarnej torbie ze śmieciami.

Wyciągam z tuby sprawdzony wyrób, by dalej nie robić z siebie pośmiewiska i montuję ponownie zestaw. Dwie tłuste dendrobeny na hak i pięknym lobem usadawiam całość na skraj głębokiego na siedem metrów podwodnego blatu. Znam to miejsce dokładnie. Potrafią podejść piękne sztuki. O właśnie mam delikatne branie. Widać zanęta Kremkusa zadziałała. Ale cóż to. Antenka to delikatnie się unosi to przytapia, pokołysze się. Po pięciu minutach postanawiam sprawdzić. Nie chyba jakieś fatum mnie prześladuje - pomyślałem. Na haczyku dynda nastroszony jazgarz. Słyszę śmiech żony i wręcz rechotanie kolegi. Buzi jazgarkowi nie dałem, po prostu wypuściłem do wody. Znowu zestaw ląduje na obrzeżu podwodnego blatu. Andrzej już ma ładnego karasia i dwa karpiki., a ja tego jazgarza! Brrr!!! W myślach jednak przypominam sobie słowa Ojca: "cierpliwość i spokój to klucz do udanych połowów". Za chwilę myślę sobie, a może ten kolczasty to moja złota rybka?

Mijają kolejne godziny, a tu nic i nic. W kolejnej puszce widać dno i nie długo już całkiem zabraknie piwa, a brania nie mam. Postanawiam jednak nic nie kombinować. Nawet nie dorzucam zanęty. Co będzie, to będzie, przecież to najlepsze miejsce jakie sobie wykombinowałem. Dochodzi ósma, słońce już czerwono zachodzi i zaraz będzie się ściemniać. Postanawiamy zjeść kolację. Grill pracuje pełną parą, a zapach wędzonki drażni nozdrza. Aż ślinka ciecze.

Nagle widzę jak antena mojego spławika majestatycznie wyjeżdża nad lustro wody i za chwilę waggler traci równowagę i wywraca się. Biorę wędę w rękę podbieram luz i napinam zestaw. Wędzisko wygina się w pałąk i żyłka odjeżdża tnąc lustro wody jak brzytwą. Szpula zaczyna obracać się coraz prędzej, a do uszu dociera przyjemny dźwięk pracującego hamulca. Zapieram kij o pas i zdecydowanym, gromkim głosem oznajmiam: "Andrzej siedzi; od pięciu wzwyż". Mam tylko dwieście metrów, czy wystarczy? kiedy się wreszcie zatrzyma? A on nic tylko gna. Szybko się orientuję, że jest znacznie większy. Z pewnością medalowy. Wreszcie się zatrzymuje. Teraz powoli zaczynam pompować. Żyłka gra mimo kompletnej flauty. Powoli zmuszam go do zmiany kierunku. Teraz płynie skosem do brzegu. Za wszelką cenę nie mogę dopuścić, aby wszedł w przybrzeżne krzaczory. Zwijam ile tylko mam sił. Udaje się utrzymać naprężoną żyłkę. Wędziskiem próbuję zmienić kierunek natarcia ryby. Mam trochę szczęścia i karp skręca na mnie. Teraz tylko trzeba zwijać luz. Za chwilę widzę, iż ów jak torpeda gna do brzegu i za chwilę wbije się w pomost. Napinam ostro żyłkę i kieruję wędziskiem skosem w bok do góry, aby skręcić go na wodę. Zawija ostrym zwrotem przed samym pomostem i pokazuje się w całej swej karpiej okazałości. Serce bije mi jak młot i czuje je w gardle. Jestem pewny; dycha nie wyjęta. Teraz pozwalam mu iść na wodę. Po paru metrach zwalnia. Nie ciągnę go jeszcze, a tylko napinam zestaw i prowokuje do dalszej walki. Pomału męczy się. Teraz podciągam powoli do siebie. Spoglądam w bok. Andrzej już stoi z podbierakiem. Wkłada kosz z pełnym pałąkiem do wody. Przez głowę przelatuje myśl, czy aby nie jest za mały. Powoli cielsko pokazuje się na powierzchni. Przyciągam i wprowadzam nad podbierak. Krzyczę "teraz" i luzuję żyłkę. Andrzej podrywa kosz do góry. Karp już jest w środku.

Włączam wolny bieg i odstawiam wędkę na podpórki. Podciągamy kosz podbieraka do siebie i podnosimy oburącz za obręcz z wody na pomost. Serce dalej wali mało nie zadławi, a dłonie trzęsą się i nie można ich opanować. Piękne oczy patrzą błagalnym wzrokiem. Odhaczamy i na wagę. Nie myliłem się, wskazanie ustala się na 10,38. Prostuję się jak do defilady, wypinam dumnie swą pierś jak gęś wyścigowa i komentuję do kolegi -"a nie mówiłem, że tu są karpie, to nie wierzyłeś"

Powoli dochodzę do siebie. Teraz spokojnie mogę zjeść swoją kolację. Powoli robi się ciemno. Jestem zadowolony i już całkiem mi przeszła złość na ten spartaczony spławik. Nawet do jazgarza nie mam pretensji. A może kolczasty był rzeczywiście moją złotą rybką? W nocy już nie biorą. Zmieniła się nieco pogoda i zaczął się lekki wiaterek. O pierwszej postanawiamy wracać.

Jest noc. Wracamy do domu. Andrzej cały czas myśli o tych karpiach, co tam w wodzie jeszcze czekają. W ogóle nie myśli o tym, że za trzy godziny musi wstawać do roboty. Już planuje następny wyjazd na karpie. Zagaduje: "...ale ciągnął co? Szedł jak burza...". W końcu nie wytrzymał. "Bolek, w piątek po południu wyjeżdżamy. Pojedziemy całą paczką". Nie mogę mu odmówić. "Jedziemy" odpowiadam. Zresztą, długo wędkoholików nie trzeba przecież namawiać. Im wystarczy tylko słowo.

Czwartek zaczyna się ciężko. Powieki jak z ołowiu, a tu tyle pracy. Praktycznie późnym wieczorem wracam z roboty i drugą noc zawalam na przygotowaniach do kolejnego karpiowania. Piątek jakoś w robocie przeleciał i mimo zmęczenia ładujemy się z Tomkiem do Andrzejowego bus-a. Szymuś jedzie swoim fokusem i dogania nas na szosie. O piątej dojeżdżamy nad wodę.

Zajmujemy z Andrzejem swoje stare pozycje. Tomek z Szymkiem też szybko znajdują sobie miejsce. Wszystko kolejno uzbrajam na łowisku. O szóstej jestem gotów do łapania. Jak zwykle na końcu. Zarzucam gruntówkę ze sprężyną, nęcę spławikową część łowiska i już mój waggler wędruje do wody. Zestaw jak poprzednio z pęczkiem dendrobeny. Podpórki zakończone sygnalizatorami dźwiękowymi. Spławik ze świetlikiem.

Teraz można zająć się grillem. Smażymy kiełbaski i schab. Każdy wyjmuje jakieś przyprawy i posypuje swoje żarło. Wreszcie jemy. Andrzej ma pecha, co przychodzi do kiełbasek to spławik w dół. Bieg do wędek, a spławiki do góry. Ubaw mamy na całego. Zapowiada się wesoło. Wreszcie bierze swe kiełbaski nad wodę i pilnuje spławików. Ma pierwszego karpia ze trzy kilo. Jeszcze nie skończyliśmy kolacji, a on wyciąga dwa karasie.

Wreszcie i ja mam delikatne branie. Powoli spławik zanurza się. Kasuję luz i podcinam. Hmm znów kolczasty. Słyszę rechot kolegów. Staram się pohamować, ale przekleństwa mam na końcu języka. Odpinam go i wydaję polecenie: "idź i podeślij takiego jak przedwczoraj". Jestem rozczarowany. Cholera znów ten jazgar złota rybka. Pod wieczór Tomek łapie małego "wigilijnego". Ale jest, sztuka się liczy. On też ma. Zapada ciemność siadam na krzesełku, głowa leci w dół i nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Dwie niedospane noce dały o sobie znać.

Około drugiej w nocy budzi mnie Tomek "...nie słyszysz już trzeci raz piszczy...o słyszysz znowu". Zrywam się jak oparzony, łapię za gruntówkę i zacinam. Jeszcze na wpół przytomny oznajmiam "mam kontakt". Tomek świeci latarką, a Andrzej już leci do podbieraka. Szybko wyczuwam, że ten to tylko może mnie rozgrzać. Nie jest całkiem mały, ale po głowie chodzi zupełnie coś innego. W końcu ląduje w podbieraku. No tak, ma tylko 3,70, a mnie się marzy medalowy. Ten jest co po najwyżej na medal kartoflany. Idzie do wody. Plusk ogonem i znika.

Podnoszę się i mruczę pod nosem "ty złota rybka miał być taki jak dwa dni temu; oczu nie masz; popraw się i nie "drzaźnij" mnie, bo następnym razem skończysz na patelni". Sprężynę wypełniam zanętą, na hak rosówa i z powrotem zarzucam. Jestem już otrzeźwiony. Senność ustąpiła. Otwieram piwko i sprawdzam zestaw spławikowy. Nawet nie skubnęły. Zmieniam robale i ponownie zestaw ląduje na brzeg podwodnego blatu. Podrzucam dwie kulki zanęty i patrzę na zegarek. Dochodzi trzecia. Zaraz będzie dniało.

O świcie pojawiają się na drugim brzegu dwaj wędkarze. Rozkładają się na sporym pomoście. Słychać jak nęcą. Zrobiło się już całkiem widno. Spławik nawet nie drgnie. Gruntówka stoi jak zaklęta. U chłopaków też nic nie bierze. Zaczynamy rozmawiać. Szymek jakby trochę nie chętnie, ale powoli łapie humor i zaczyna opowieści o rybach. Zauważamy duży ruch na przeciwległym brzegu.

Jeden ciągnie rybę, a drugi widocznie bardziej doświadczony instruuje. Słychać "powoli daj mu się wyszaleć; nie ciągnij tak ostro; trochę odpuść; teraz podciągnij" i nauczyciel wkłada podbierak do wody. Karp nurkuje pod pomost, żyłka zapiera się o krawędź siatki, pyk i koniec. Nauczyciel nie daje jednak za wygraną i szybko miesza pod pomostem w nadziei, że uda mu się tego karpia jeszcze z wody wyłuskać. Nie wytrzymaliśmy po jeziorze dał się słyszeć gromki śmiech. Ja wykrztuszam "tym podbierakiem miesza jak chochlą w saganie". Rozlega się jeszcze większy śmiech. Któryś z chłopaków dorzuca "uczył Maciej Marcina...". Teraz to już chyba i żaby rechoczą. Widowisko mieliśmy przednie. Tylko nauczyciel jakoś nerwowo zaczął biegać po pomoście.

O siódmej postanawiamy rozpalić grilla i odgrzać co tam jeszcze zostało. Wiem, że nie muszę prowadzić, wiec otwieram kolejne piwko. W końcu nakładam jakieś mięsiwo na talerz. Dochodzi ósma. Oglądam się i widzę jak mój spławik powoli zanurza się. Odstawiam tekturowy talerzyk, ale ten jakoś dziwnie leci prosto w piach. Nie zwracam na to uwagi. Nie mam czasu. Przybieram postawę lisa zakradającego się do kurnika na rysunkowym filmie i biegiem na palcach do wędy.

Gdy dobiegam słyszę już pisk sygnalizatora i wolny bieg puszcza żyłkę. Łapię sportexa i zakręcam korbką. Oczom ukazuje się pięknie wygięte to moje 3,5lb-a. Karp idzie jak po sznurku prosto w podwodną rynnę jeziora. Identyko jak poprzedni. Hamulec się grzeje, a ja oznajmiam "od pięciu wzwyż". Karp wyciąga kolejne metry. Na pomoście jest już cała czwórka. Po krótkim namyśle Andrzej dorzuca "Bolek to jest dychacz". Oczy mi się śmieją. Na to czekałem. Oby tylko nie zbłaźnić się tak jak ci z przeciwka.

Tor walki układa się dokładnie wypisz wymaluj jak poprzednio. Wreszcie go widzimy. Wyduszam z siebie "Andrzejku jest mniejszy, ma góra dziewięć, a nawet bliżej ośmiu". Jeszcze jeden nawrót i na powierzchni pokazuje się pyszczek niczym lej od gąsiora. Tomek stoi z podbierakiem. Proszę by to Andrzej podbierał. Jego jestem pewny, że nie będzie ganiał ryby po całym jeziorze. Nie chcę ryzykować. Podciągam misiaczka do siebie i wprowadzam do podbieraka. Jest spokojny. Sytuacja kompletnie go zaskoczyła. Odkładam wędzisko i wynosimy go na pomost. Odhaczam jeszcze w siatce. Patrzymy na siebie i uśmiechamy się. Tylko Szymek jakiś trochę przygnębiony. Próbuję pocieszyć "no Szymek ładnego złapaliśmy?". Chrząka coś markotnie. Ciągnę więc dalej "gdybyście nie kibicowali i nie pomogli na pewno by się zerwał". Widzę promyk uśmiechu. Karp idzie na wagę. Ma 8,90.

Tym czasem dobiegają wędkarze, ci z przeciwka. Dyszą i sapią jak parowozy z bajki Tuwima. Nauczyciel pyta: "paaanie ileee ma, aaa na co wziął, na kukuryyydzę?". Grzecznie zaprzeczam. Znów słyszę dyszący głos "panie aaaa na cooo?". Tego było za dużo, gdybym powiedział prawdę i tak by nie uwierzyli. Potraktowaliby jako kolejne kpiny i prześmieszki. Tam nikt nawet nie próbował łapać misiaczków na dendrobenę, więc robię dumną minę i odpowiadam "aaa widzi Pan, to tajemnica". Jeszcze tylko patrzą na majestatycznie odpływającego karpia i idą do siebie.

Dobija dziesiąta nic nam nie bierze. U innych też spokój, tylko słońce coraz bardziej zaczyna dopiekać. Powoli zaczynamy się zbierać. Dopijam swe piwko i spoglądam jeszcze na jezioro. Myślę sobie, kolczasty ten jazgarek to może i jest, ale coś my się umówili, to słowa dotrzymał. Chyba zasłużył na miano złotej rybki.

Bolesław "Wędkoholik" Michalski

– Komentarze –

autor - Grzesiek
napisał:
Miałem bardzo podobny przypadek tylko łowiłem na białe robaki. Koło 22 branie jazgarza...po 1.00 weszły w łowisko amury. Pierwszy zerwany (żyłka 0,12 na przyponie-nastawiałem się na leszcze), założyłem plecionke i zaraz przed 2.00 wziął kolejny 6,20(na przyponie była już plecionka). Wagler się położył. Zaraz po zacięciu ryba wyszła na wierzch(1,5m głębokości), a później była już tylko zabawa Pozdrawiam

January 10, 2008 6:25 pm

156.17.232.44


autor - MW
napisał:
NIEWIEM JAK ZŁAPAC KOLOROWEGO KARPIA MOŻE MI WY COS DORADZICIE

August 8, 2008 12:03 am

83.14.171.165



Dopisz swój komentarz
w razie potrzeby możesz skorzystać z pomocy i objaśnień

autor :
email :
Wpisz komentarz:


Jeżeli chcesz zrezygnować, jeszcze możesz.

Każdy ponosi odpowiedzialność za treść umieszczanych przez siebie komentarzy. Zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarzy sprzecznych z ideą wędkarstwa, działających na jego szkodę, niezgodnych z prawem oraz wulgarnych. Natomiast mile są widziane wpisy o tematyce wędkarskiej.

>>GÓRA<<

Dziś mamy
Copyright © 2006  wszelkie prawa należą do twórców tego wortalu