Bombka w górę
Prolog autorski
„Bombka w górę” jest wprawdzie znanym już wieloczęściowym vademecum poświęconym łowieniu karpi, ale jego żywot na łamach internetu był bardzo krótki. Z przyczyn niezależnych ode mnie, byłem zmuszony zdjąć z afisza bombkę. Otrzymałem wtedy sporo listów zasmuconych czytelników. Od pewnego czasu myślałem o wznowieniu tego cyklu, a stworzenie portalu Karpiowanie umożliwiło realizację zamysłu. „Bombka w górę” jest poświęcona przede wszystkim początkującym karpiowanie wędkarzom. Taka była pierwotna idea powstania tego cyklu i takim on pozostanie. Jednak upłynęło trochę czasu, więc niektóre informacje się zdezaktualizowały, a inne postanowiłem rozszerzyć. W niektórych miejscach zmiany będą niemal kosmetyczne, natomiast w niektórych przyjmą formę dosyć znacznego rozszerzenia. Cykl będzie mówił o wszelkich sprawach dotyczących karpiowania od podstaw aż do zaawansowanych aspektów tego hobby. Mam nadzieję, że to wznowienie będzie się cieszyć taką samą popularnością jak pierwsze wydanie. Zapraszam do czytania.
|
Bombka w górę cz.I
Nadchodząca wiosna przypomina nam, że czas wybrać się na ryby, a niektórym po głowie chodzą karpie. Wśród nich są również tacy, którym przyjdzie uporać się z tym zadaniem po raz pierwszy w życiu. Jeszcze się wahają, jeszcze męczą się z myślami ileż to może kosztować? Jak dużą kasę trzeba by wsadzić na początek, aby marzenia zamienić w rzeczywistość. Co kupić, aby pieniądze poszły na konieczne minimum, a nie na zbyteczne rzeczy, a czasami nawet buble, no i w końcu, od czego zacząć?
Z reguły swoje kroki kierujemy ku koledze po fachu i on nam coś podpowie, a nawet ucieszy się, że ma kompana na karpiowe zasiadki. Ale bywa i tak, że nie ma kolegi karpiarza w zasięgu ręki i z problemem musimy uporać się sami. Najczęściej bierzemy do ręki fachową prasę. Szukamy, przewracamy strony, czytamy, przeglądamy obrazki i powoli dochodzimy do wniosku, że żeby zapolować na karpia trzeba najpierw wydać walizkę pieniędzy na sprzęta wszelkiej maści, przy czym jeszcze głowę i język można połamać na tych nazwach.
Postaram się to wszystko opisać prosto, bez tych wszystkich brzmiących z angielska nazw. Postaram się również, aby mogło to być zrozumiałe i przystępne również dla tych, co nie mieli nigdy do czynienia z łowieniem misiaczków, a chcą zacząć, spróbować. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że większość z nas dotknął kryzys polskiej rzeczywistości i rzadko kto może sobie pozwolić na wydatek kilkudziesięciu tysięcy złotych na swoje hobby.
Ale początki przygody z tymi wspaniałymi rybkami nie można zacząć od zarzucenia wędki. Jeśli ktoś by tak sugerował, to nic bardziej mylnego. Nasze przygotowania również wcale nie zaczynamy od zakupów. Początki karpiowej przygody biorą swe początki w domu. Ale co wpierw - wędki, kręcioły, ciężarki? Spokojnie. Weźmy głęboki oddech i na luz. Uzbrójcie się w cierpliwość. Czasem nawet będzie wbrew pozorom nudnawo, ale jak mam mówić dokładnie i o wszystkich aspektach sprawy, to i również o rzeczach oczywistych i niepopularnych, czy wręcz niechcianych.
Najpierw musimy pomyśleć o sobie, potem o cyprinuskach. Wybieramy się na zasiadkę karpiową, więc nie na dwie godzinki, a często na cały weekend. Przykładowo wyjedziemy w piątek po pracy, a gotowi jesteśmy pokazać się w domu w niedzielę na wyjątkowo za późną kolację. Zmęczeni do granic wytrzymałości, padający z wyczerpania, a jednocześnie szczęśliwi i jakby odmłodzeni. Ale żeby taka nasza wyprawa nie skończyła się przedwcześnie, lub przeziębieniem, musimy się odpowiednio przygotować.
Nawet, jeśli warunki pogodowe mają być wspaniałe słoneczne, a noce wręcz upalne, to musimy być przygotowani na nagłą zmianę, zimny wiatr, burzę, chwilowe oberwanie chmury itd. Wiosną i jesienią na pewno przydadzą się kalesony, ale nawet latem dobrze mieć je na podorędziu spakowane z zapasowymi ciuchami. Do tego grube skarpety tzw. podkolanówki. Zawsze mam na zapasie dwie pary. Tylko żadne tam ze sztucznym włóknem, bo nogi będą zapeklowane na amen. Zwykłe bawełniane.
Teraz spodnie - w grę wchodzą tylko długie, żadne szorty. Gdy jest zimno i tak zakładamy długie, a gdy pali słońce, to broń Panie od wystawiania się na opalanie. Nogi szybko zrobią się na raki i pieką później do bólu. Obcierające spodnie po spalonej skórze to horror. Z tych samych względów nawet w upalne dni zakładam bawełniane podkoszulki z długim rękawem.
Musimy mieć koszule, pamiętając o zapasie. Ja używam z flaneli. Według mnie są najlepsze. Nieodzowne są zawsze dwa swetry, jakiś polar, no i kurtka. Ja zabieram dwie, żeby mieć w razie czego jakby pierwszą deszcz mi zmoczył. No właśnie - nieodzowne jest zabranie czegoś nieprzemakalnego.
W końcu musimy się obuć. Buty muszą być wygodne luźne, niekrępujące nogi i na gumowej podeszwie. Radzę zabrać zapasowe. Obuwie musi być lekkie i umożliwiające stopom oddychanie. Odparzone, czy bolące stopy to tragedia. Nie należy zapominać również o kaloszach, które mogą być przydatne, gdy łowimy z brzegu.
I byłbym zapomniał, gdzie ja mam głowę? Właśnie ją też trzeba nakryć. Nie stosuję żadnej czapeczki typu golfowego. Najlepszy jest kapelusz z rondem, o taki jak tu na zdjęciu.
Jego rondo ochroni nam przed słońcem zarówno oczy, twarz, i kark. Jak ktoś nie pali, to przyda mu się moskitiera. Nie zapominajmy o okularach przyciemnionych. Tu najlepsze będą polaryzacyjne, ale jeśli nie mamy to na dzień dobry przydadzą się chociaż przeciwsłoneczne. Okulary nośmy na sznureczku, aby zawisły w razie czego na karku, a nie zażyły kąpieli. W 100% nie potrafią pływać.
Warto zabrać ze sobą herbatę w termosie i setkę rumu, tak na wszelki wypadek, gdybyśmy nieoczekiwanie zmarźli. Jeśli ktoś woli kawę to polecam w takich sytuacjach dodać niej krupnik. Żywność to też ważna sprawa. Warto o niej pamiętać i lepiej zabrać o jedną konserwę więcej niż ma nam zabraknąć. Jeżeli mamy to warto zabrać ze sobą butlę z turystyczną kuchenką i gankiem. Czasem taki gorący posiłek jest nieodzowny.
Jeszcze wspomnę o chusteczkach do nosa, papierze toaletowym, i workach na śmieci, a palaczom przypominam o peciarach. To może się wydać śmieszne, ale to równie ważne jak zimą kufajka. I by uzmysłowić, że to są poważne sprawy, to jako ciekawostkę podam, że w sklepach ze sprzętem karpiowym można dostać i takie gadżety jak usztywniony pojemnik z materiału na rolkę papieru toaletowego. Hmmm... U Cabelasa swojego czasu widziałem nawet turystyczny wędkarski sraczyk. Kosztował prawie 50$, a było to tylko siedzisko z plastikowym workiem. My pewnie takiego przybytku nie kupimy ale warto mieć saperkę, by po sobie nie pozostawiać niezbyt przyjemnych śladów.
Wiem, wiem, robi się nuda. Miało być o karpiach, a ja Wam tu zawracam głowę od godziny o jakiś ciuchach i drażnię jeszcze zdjęciami. Ale jeśli weźmiecie sobie moje słowa do serca, to nie jeden raz będziecie dziękowali Wędkoholikowi, że o tym truł. Sami zresztą zobaczycie. Można oczywiście przemyśleć i zredukować nieco ten arsenał, gdy wybieramy się na łowy krótkodystansowe (parogodzinne), ale zawsze bierzmy pod uwagę różne zmienne i trudne do przewidzenia sytuacje pogodowe. Nawet należy się liczyć z przymusową kąpielą, szczególnie, gdy adrenalina uderzy i wleziemy po pas do wody podbierając jakiegoś misiaczka. W brew pozorom, to nie są widoki odosobnione. No cóż, jest tego w sumie sporo. Mój kolega twierdzi, że jak w jego maluchu jest jeszcze jakaś wolna luka, to znaczy, że czegoś zapomniał.
No, ale żarty na bok, pierwszy etap mamy za sobą. Najprawdopodobniej nie wydaliśmy pieniędzy, bo to wszystko i tak już mamy. Teraz zaczynamy się zastanawiać nad sprzętem dla karpi. Można oczywiście pójść do sklepu i kupić od razu konkretne wędki, kręcioły jak betoniary, kilometry żyłek itd. Jednak wówczas może się okazać, że portfel na długo jest wypróżniony do dna. A przecież jeszcze się nie przekonaliśmy, czy w ogóle chwycimy karpiowego bakcyla i w ogóle miało być tanio, a dobrze. Proponuję więc zacząć od przeglądu naszego już posiadanego arsenału.
Jednak zanim zaczniemy przeglądać nasze wspaniałości, zastanówmy się gdzie i jaką techniką będziemy łowić. Ja proponuję na początek wybrać nieduży zbiornik wodny, taki mierzący sobie kilka lub kilkanaście hektarów. Zbiorniki przekraczające swą powierzchnią 20ha, będą stwarzać nam na początku kłopoty ze znalezieniem dobrego stanowiska karpiowego.
Teraz zastanówmy się, jaką metodę, technikę lubimy i jaka przyniesie nam satysfakcję. W małych i zarośniętych dosyć mocno akwenach, może okazać się spławikówka najwłaściwszą. W jeziorkach o małej ilości roślin, pewnie zachęcająco będziemy patrzyli na typową gruntówkę denną. Ale może być i tak, że D.S.owiec postawi na tą technikę, bo na początek będzie dla niego to najmniejszy wydatek. Najbardziej zapaleni i przekonani o swojej decyzji, zechcą pewnie od razu zabawę w technikę włosową, a to według mnie wyklucza spławikówkę. Nawet wytrawnym karpiarzom sprawia to dużo kłopotów i po pewnym czasie rezygnują.
Nastawmy się, że zaczynać będziemy na początku od połowu tych rybek gdzie ich górny rozmiar nie będzie przekraczał 5kg. Nabierzmy wprawy w obyciu ze sprzętem, w holowaniu i podbieraniu, a te dwucyfrowe same przyjdą nie wiedzieć, kiedy. Jeśli komuś zdarzy się na początku misiaczek prosiaczek, to tylko pogratulować. Ale żeby nie było rozczarowań, załóżcie sobie spotkania wyższego stopnia na później. Podstawa do udanych walk na miarę tych życiowych, potrzebuje trochę doświadczenia.
Teraz dopiero zaczynamy przegląd naszego sprzętu. Nie martwmy się, że nie mamy klasycznej karpiówy wykonanej w najnowszych technologiach. To Wy będziecie łowili, a nie wędka. Owszem jak jest super och i ach to pomaga, ułatwia, umożliwia szybszy hol i jego dynamikę, ale nie zdecyduje o Waszych wynikach i sukcesach. Nie wierzycie? Dobra opowiem pewne zdarzenie.
Nie tak dawno temu widziałem jak nad brzegiem rozpościerali się karpiarze. Ja szedłem ze spinningiem po brzegu. Zainteresowałem się, bo owi ludzie jakoś dziwnie podśmiewali się z jednego z nich. Otóż ów składał swoją karpiówkę wykonaną z bambusa. Zaskakujące, nieprawdaż. Zacząłem się przyglądać. Mnie do śmiechu nie było, gdy zobaczyłem wędzisko wyposażone w solidny uchwyt kołowrotka z odpowiednią betoniarą. Na dokładkę przelotki też były nowoczesne, dwustopkowe hardloy‘a. Byłem ciekaw, co będzie dalej.
Na razie śmichy hihy nie ustawały. W końcu wędkarz zarzuca zestaw. Bambus wygiął się i sprężyście oddał szybko gasząc amplitudę. Zestaw w wodzie wędka, powędrowała na klasyczne podpórki z podwieszonym pinpongiem. Prosty układ jak cholera. Prześmieszki jeszcze nie ustają, a ja czekam na branie, oby tylko nie za długo.
W końcu jest i wędkarz ma kontakt z rybą. Bambus wygiął się pięknie jak na pokazowych zdjęciach. Pracował jak sprężyna oddając, pompując i męcząc rybę. Hol był krótki i konkretny, a karp szybko wylądował na brzegu. Śmiechy ustały. Praca tego wędziska w trakcie zarzucania i holu nie pozostawiała nic do życzenia. Nie powstydziłby się jej niejeden wytwórca.
I choć była to zwykła stara bambusówka, to doświadczenie i umiejętności wędkarza pozwoliły wykorzystać zalety tej wędy i wyholować rybę. Nawet taka wędka okazała się znakomitym narzędziem w dobrych rękach. Zresztą mój Dziadek tylko na takie łowił karpie i rozmawiał skutecznie również z tymi od 15 wzwyż. Mówię o tym, aby uprzytomnić każdemu, co tak naprawdę się liczy.
No to teraz dam Wam odpocząć od siebie i zrobię sobie przerwę na kieliszek dobrego czerwonego wina.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski
| cz.1 | cz.2 | cz.3 | cz.4 | cz.5 | cz.6 | cz.7 |
– Komentarze –
Dopisz swój komentarz