Karpiowanie na drapieżnika
Jeszcze wiosną Jacek Leszcz Ziólkowski zaproponował, bym
zabrał Go na zasiadkę karpiową. Ponieważ propozycja wspólnego powędkowania z Jackiem była dla mnie wyzwaniem, bo
miałem go przy okazji czegoś nauczyć, a tak naprawdę zachęcić do karpiowania, przystałem na nią od razu. Nie mówiąc już o
tym, że od niego samego też można się wiele nauczyć.
Naszą wyprawę postanowiliśmy uskutecznić w połowie lipca
na żwirowisku pod Żelechowem. Wreszcie ustalony został termin na 14-16 lipca. Rano w środę stwierdzamy, że pogoda nie
dopisuje i wszystko wskazuje na to, iż będzie lało. Jednak starych druhów wędkarskich nic nie jest wstanie zatrzymać. Na
wodą pojawiam się pierwszy i woduję łódź. No łódź to może przesada, ale mały bączek, czyli moje pływadełko. Gdy
odbiłem od brzegu, z kolei nad brzeg dobija Jacek. Machamy sobie ręką i każdy udaje się w z góry wyznaczonym kierunku.
W krótkim czasie wszystkie graty mamy już na stanowisku. Jeszcze trochę udręki z postawieniem bojki wyznaczającej
nasze łowisko, bo wiatr jest spory i łódeczkę znosi na fali, ale jakoś uporałem się sposobem z tym zadaniem. Rozkładamy
sprzęt. Obserwuję wodę i zauważam, że w naszym łowisku spławiają się karpie. Hmm, spławiają się to mało powiedziane.
Wyprawiają takie harce, że przypomina to wielką zabawę i radość życia. One wręcz prowokują, by im podesłać jakiś
smakołyk. Ale równie dobrze może to oznaczać, że wcale nie mają ochoty zażerać. Musimy brać pod uwagę, że warunki
pogodowe są wręcz fatalne. Nadciąga front, przełamanie pogodowe, do tego wieje spory wiatr i burze wiszą w powietrzu.
Właściwie wszystko wskazuje na to, że ryby nie powinny nawet polizać naszych kulek.
Jednak nie po to przyjechaliśmy
nad wodę by biadolić. Na początku postanowiłem by łowić bez nęcenia i poobserwować zachowanie karpi. Wiedziałem, że
pojawiały się w tym miejscu, gdy było nęcone. Podejrzewałem, że ktoś przed nami wykonał już tą robotę. Moje podejrzenia
znajdują później potwierdzenie, że łowisko było trochę nęcone, jako awaryjna miejscówka, przez karpiarzy, którzy odjechali
przed naszym przyjazdem. Pozostało zmontować zestawy. Grunt dna jest twardy, żwirowaty, więc stosujemy kulki tonące na
podstawowych zestawach. Ponieważ brania są anemiczne, postanawiamy zrobić grzybka. Ma on pewne zalety. Po pierwsze
zrobiony kapelusz z połowy dużej kulki działa selektywnie na małe karpiki, a po drugie gdy karp zdecyduje się i zassie, to
podciśnienie wywołane za połówką kulki wzmaga wciągnięcie zestawu, czyli haczyka, a oto właśnie chodzi.
Postanawiamy łowić zastawiając po jednej wędce. Jackowi wykładam zestaw w samym centrum najlepszych brań. Przecież
musi złowić coś konkretnego, żebym go zaraził karpiowaniem. Myślę, że mi ten podstęp wybaczy. To co się niebawem
wydarzyło przeszło jednak moje oczekiwanie. Wywiezione zestawy czekały na zainteresowanie, a my siedzieliśmy sobie w
fotelikach i spokojnie rozmawiali. A to o zestawach przyponach i innych tajnikach karpiowej wiedzy, a to na luźne tematy.
Nie omieszkaliśmy rozmawiać na temat powstającej właśnie Szkółki Karpiowej.
Dziś już działa.
No i wreszcie zaczęło się coś dziać na poważnie. Bombka po prostu spadła, uniosła się znów i powoli
ponownie powędrowała na glebę. Jacek podbiega do wędy i już ręce ma na niej czekając na moment, w którym pewnie
zatnie. Powoli Bombka zaczyna wędrować do góry. Krzyczę tnij, a Jacek jak na komendę wyprostowuje się razem ze sprzętem.
Już widać - siedzi. Leszcz wzmaga się z karpiem, ja obserwuję jego emocjonujący hol i próbuję coś doradzić. Nawet nie
zauważamy jak na pomost przybył Zbyszek. Teraz już we dwóch doradzamy i zastanawiamy się co też ciekawego ciągnie Jacek.
Karp nie daje za wygraną, ale nie ciągnie zbyt mocno. Jednak im bliżej brzegu walka wzmaga się i tym samym karp rośnie w
naszych oczach. Heheh pewnie to za sprawą perspektywy.
W końcu karp jest całkiem blisko i wojuje już przy pomoście.
Robi całkiem niezłe odjazdy. Wstępnie oceniamy go już na jakieś 7-8 kg, Ale po chwili oceniamy go bardziej trafnie. Waga to
potwierdza, karp ma 10,40 kg. Jacek jest pełen szczęścia. To jego rekord życiowy.
(Film do pobrania Karp Jacka 8,1 MB)
Patrzę na zwycięzcę
i pokonaną rybę i nie bardzo wiem kto jest bardziej wystraszony. Przypomina mi się jak przed wyjazdem zaznaczał, że On nie
chce złowić nic powyżej piątki, bo go może wciągnąć do wody.
Ale Jacek szybko oswaja się z sukcesem i radość ze złowionego karpia uzewnętrznia uśmiechem. Tylko biedny karp jeszcze
nie wie, co będzie dalej i widać jego strach w oczach.
Karp dostaje buziaka i wyrusza do swej krainy. (Film do pobrania Karp odpływa 1,8 MB)
Do wieczora mamy jeszcze parę karpików, ale wszystkie oscylują w granicach około 3kg. Następuje przerwa w braniach, a
bokiem przesuwa się burza i straszy błyskami oraz pomrukami. Wreszcie w nocy mam konkretny zdecydowany odjazd.
Zacinam i czuję niezły opór. Ryba ciągnie dosyć ostro więc mam nadzieję na niezłego karpia. W końcu podciągnięta do brzegu
pokazuje swe brzucho. O rany biały jak śnieg, to sum. Ląduje w podbieraku i na macie. Tu odhaczam i wyrzucam kulkę
proteinową. Jest ciemno, więc wkładamy go do saka i czekamy z sesją do rana. Gdy się rozjaśniło na dobre, sum z powrotem
wędruje na materac. Ma 3 kg. Jednak branie suma nie jest przypadkowe. Wieczorem wraz z wywożeniem zestawu
podsypywaliśmy kulkami, a teraz sum je zwrócił do saka. To niesamowite. Ale pamiętam, że dwa lata temu też na kluchę
śmierdziucha wziął w tym miejscu sum podobnych rozmiarów. W obu przypadkach były to przynęty kartoflane ze
śmierdziuchami. Jednak to nie był nasz koniec przygód z drapieżnikami. No, ale po kolei. Przed nami jeszcze ponad doba
łowienia.
W czwartek po mimo kiepskiej pogody ciągle nie spada ani kropla deszczu, za to brania takich karpi po 3 do 3,5 kg jest
sporo. W końcu mnie udaje się złowić nieco większego. To nie sukces, ale na tle dzisiejszego dnia 4,8 kg to już coś.
Pogoda cały czas się pogarsza. Wieczorem brania prawie ustają całkowicie, a nam robi się bardzo zimno. W końcu zjadamy
gorący posiłek i postanawiamy przespać się. Rano jest słońce ale tylko do śniadania. Potem nadchodzą coraz większe chmury
i po południu ustaje wiatr. Widać nadciągający ciągły deszcz. Decydujemy się na odwrót. Zwijamy zestawy, ale u Jacka coś jest,
aż dziw że sygnalizator milczał i swinger nawet się nie poruszył. Przy brzegu pokazuje się na powierzchni szczupacza paszcza.
Nie duży taki z półtora kilo, ale to znów drapieżnik. Co jest i jemu zasmakowały kartoflane kulki śmierdziuchy? Jesteśmy
pod wrażeniem. Po przybyciu do domu nie wytrzymałem i spróbowałem smak tej kulki. Nadal nie wiem, co te ryby w tym
widzą. Ale skoro im to tak smakuje, to w przyszłości wyrób trzeba będzie powtórzyć. Może przy okazji karpiowania weźmie
jakiś niezły drapieżnik.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski
– Komentarze –