Gdzie te Tęczaki?
Jest środa. Przekazuję wiadomość Marinero, że mnie skręca i z synem lecimy na tęczaki, póki jeszcze nie jest za ciepło. Pod wieczór dostaję informację, że Marinero też będzie ćwiczył spinna razem z nami.
Na miejsce dojeżdżamy parę minut po ósmej i widzimy krzątającego się Marinero przy swym rudawym partnerze. Zjeżdżamy nad wodę i bierzemy się do szykowania sprzętu. Syn musi przewinąć jeszcze linkę, więc trochę mu się schodzi. Jestem zadowolony, bo chwali żyłkę, którą mu sprezentowałem. Marinero już na pomoście ćwiczy wirówki i idąc do niego widzę jak kij mu się nagle wygina. Przyspieszam gwałtownie kroku, wpadam na pomost i za chwilę podbieram rybę. Ryba jest, ale tęczy to ona nie ma. Kurcze taki sobie pistolecik. Popatrzyliśmy z uśmiechem po sobie i rybka idzie do wody.
Trzy rzuty i ja mam podobny efekt. Za chwilę Marinero wynik ten podwyższa. Parę rzutów i kolejny skoczek zrywa się przy podbieraku. Tęczaka nawet nie widać by gdzieś żerował. Syn poszedł w przeciwną stronę i chociaż też nie ma pstrążka, to chociaż nie czepiają mu się szczupłe. Postanawiamy zjeść śniadanko i obmyślić taktykę. Na przeciw nas na pomoście mięsiarze zawzięcie trenują karpiki, że wstyd by było podać na wigilijny stół i co gorsza szczupaczki pod wymiar. Nie dość, że okres ochronny, to tylko niektóre trzymają wymiar, ale wszystko idzie do siaty. Nic nie protestujemy i nie robimy afer, bo dobrze wiemy, że te skoczki są z hodowli. Pusty śmiech nas jedynie ogarnia. Zresztą śmieje się z nami również właściciel wody, który przyszedł do nas trochę pogadać.
Po śniadaniu wsiadamy na łodzie i grasujemy po najbliższej okolicy. Marinero zalicza kolejne rybki, ale nadal nie mają one czerwonawej tęczy. Ma już ponad komplet szczupaczków. Syn mu się odgryza, że prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy. Poddaję receptę synowi jak tu prowadzić przynętę i za chwilę on też ma pistoleta na gumkę. Odhacza go i gdy ma wypuścić ten wyprawia balet mistrza na pokładzie. Takich figur nie jest w stanie wykonać chyba żadna prima balerina z Jeziora Łabędzie.
Rybka ląduje w końcu w wodzie i łowimy dalej. Pogodę mamy iście wymarzoną. Piękne słoneczko, niewielki wiaterek i wzrastająca w ciągu dnia temperatura, nastraja nas bajkowo. Nie ma wprawdzie jak na razie tęczaków, ale powodów do narzekania również nie ma. Mija kolejne jakieś dziesięć minut i mojemu Tomkowi tę samą gumkę zagryza kolejny szczupaczek. Gdy go odhacza ja już szykuję aparat i szybciutką cykam zdjęcie, by można było wypuścić pełną jeszcze ikrawkę. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku się nie wytrze, ale zasady mamy niezłomne.
Za chwilę i ja mam branie, dwa podszarpnięcia i lekki opór. Zacinam, wędka się wygina i za moment pełny luz. Zwijam całość do łódki i oglądam przynętę. Na haku widzę wyraźną, choć małą łuskę. Musiał hak jakoś trafić na zewnętrznej stronie w twardym miejscu. No, ale na rozczulanie się nad nieudanym zacięciem nie ma czasu. Tomek oznajmia, że tym razem u niego coś dynda na końcu wędki. Szybki hol i już odhacza go w łodzi.
Jest południe i czas by coś zjeść, a w gardle jakoś sucho. Spływamy na posiłek i piwko do baru. Jak rzesz smakuje ten chłodny złocisty płyn z pianką na wierzchu. Oczywiście cały czas rozważamy gdzie tu namierzyć te pstrągi. Postanawiamy popłynąć na drugi koniec jeziorka. Jeśli nie tu, to może tam zagryzą nasze przynęty. No, bo w końcu gdzież ten obiekt naszych zainteresowań się podział. Ileż można łapać te pistolety. Jak obmyśliliśmy tak popłynęliśmy. Ale tam jakoś nic nie ma. Tylko jeden pistolet, ale też się spina.
Postanawiamy wrócić na poprzednie miejsce. Tu na przemian z Marinero łowimy kolejne szczupaczki. W końcu Kolega zakłada maleńką blaszkę wahadłową Mepssa. Ma branie i ryba nie dołuje, tylko idzie do powierzchni i kręci młynki. Myślę sobie - jest wreszcie kolorowo. Ale gdy Marynarz podciąga ją bliżej oznajmia - to tylko mały linek za ogon się złapał. Podzielił los poprzedników. W końcu dochodzi piąta po południu i Marinero postanawia wracać. Wykonuje ostatni rzut i za chwilę oznajmia - widać jak prawdziwi mężczyźni kończą. Węda wygięła się i kolejny małolat na haczyku. No z takim mężczyzną to nawet Miller nie ma najmniejszych szans. Rzutem na taśmę zalicza drugi komplet.
Zostajemy na łowisku już sami z synem. Skupienie maluje się na twarzy Tomka jakby co najmniej chciał łososia złowić, ale jakoś tęczak nie siada na kiju. Żadne próby nie dają pożądanego rezultatu.
Tylko same takie podrostki. Dziś tylko szczupłe nam zagryzają i nic na to nie poradzimy.
Widzimy jak na pomoście przy siatach krzątają się mięsiarze. Siata pod karpiowym narybkiem i niewymiarkami paru szczupłych mało się nie urwie. Parę sztuk kroczków odzyskuje wolność przy użyciu metody dyskobolowej. Reszta idzie do bagażnika. No cóż samo życie.
Łowimy dalej jeszcze z godzinkę, ale już nawet stuknięcia nie ma. W końcu Tomek oznajmia, że choć miło było, to czas do domu wracać. Uśmiechnięci i wypoczęci zbieramy się do odwrotu. Choć tęczaków nie mamy, to jesteśmy uradowani z kolejnej przygody z wędką w ręku, co niewątpliwie maluje się na Tomka twarzy.
Wiemy już, co musimy uzupełnić z przynęt do rozpoczęcia sezonu i niebawem zębate bójcie się, bo żarty z nami się skończą. :)))
Bolesław "Wędkoholik" Michalski
– Komentarze –