Najazd na Eldorado 2003
Jest sobota czwarta rano. Na dworze ciemno, zimno i mglisto. Co z tego, że dzień zapowiada się nieciekawą pogodą jak mamy się razem spotkać na Eldorado. Przed szóstą jesteśmy już spakowani z Andrzejem, nawet moja niebieska skorupka jest już na dachu. Po drodze chwytamy jeszcze dwóch znajomych Andrzeja i obieramy kierunek Żelechów.
Docieramy nad wodę tuż przed ósmą. Opłacamy się za łowienie i zjeżdżamy nad wodę. Wygląda na to, że jesteśmy pierwsi, ale już po chwili spotykamy Dużego z kolegą. Prawie równocześnie za chwilę nadjeżdżają Ananas ze szwagrem, Puzio z Mariuszem, no i Marinero z MK. Jest nas już spora grupka. Za godzinę dobija Leszcz z Okonkiem no i nasz Sołtys. Za chwilę jest już Kot_bury. Jest jeszcze ktoś z WCWI, ale widzę go krótko. Jakoś nie przyłącza się do nas i mimo zaproszenia nie przybywa na wspólną grochówkę. Za to dobija swym białym Żuczkiem Ted. W tym momencie już wiemy, kogo z zapowiadających się brakuje na full opcję.

Przyjazd

Szron na drzewach
Drzewa oszronione i mroźno, ale jak przystało na Wędkoholika, w trakcie, gdy zjeżdżali się wszyscy na łowisko, ja zrobiłem drobny rekonesans na swym niebieskim mini bączku. Jest mróz, więc najlepszym rozwiązaniem okazuje się dorożka, bo mniej obmarzają przelotki. Płynę do zatoki na prawym końcu i z powrotem. Już w początkowych metrach trolingowania pierwszy zębaty zagryza mojego gumisia. Nawrót i za chwilę zaczep, ale udaje mi się odzyskać przynętę, na którą za chwilę siada drugi szczupły. Nie są duże, ale zawsze coś już mam.

Moje pierwsze

Spływam
Spływam do brzegu i zbieramy się w barku na grochówkę i piwko.

Waza z grochówą
Po takiej grochóweczce należy się dobre piwko.
Tylko Andrzej ze swymi znajomymi zostaje nad wodą. Ogarnięci szczupakomanią zapominają o piwie i innych przyjemnościach, jakie czekają w barze. Trzeba przyznać, że brania faktycznie mają. Czasem nawet splączą się zestawy.

Splątał
Im zanosimy grochówkę w termosie na pomost. Reszta rozgrzawszy się zaczyna dyskusję i z ledwością podrywamy się do dalszego wędkowania. Ryby nie rozpieszczają nas swym apetytem, ale co i raz ktoś łapie kontakt z kaczodziobym. Ja też mam jeszcze jednego. Najlepsze wyniki ma grupa łowiących na karasiowego żywca.

Andrzej ze szczupłym
W końcu o zmroku, definitywnie przenosimy się do baru. Nadszedł czas biesiady.

Kolacja
Tematów do dyskusji nie brakowało. Przecież to końcówka letniego sezonu i każdy miał coś do opowiedzenia. Każdy miał spotkania z rybami warte podkreślenia i pochwalenia się nimi. Innych tematów też nie brakowało. A że i humory dopisywały, to co i raz spotkanie ktoś okrasił kawałem. Jak się biesiaduje to trzeba i coś zjeść. Co i raz szły kolejne zamówienia potraw.

Zamówienie
Dobra hotelowa kuchnia powodowała dodatkowo chęć do wznoszenia toastów dla lepszego trawienia, więc w wesołej i przyjacielskiej atmosferze kolacyjna biesiada przeciągnęła się do po północnych godzin.

Toast
W końcu przed nami była niedziela, więc można było sobie dłużej pociągnąć konferencję towarzysko wędkarską.

Biesiada w pełni
Jakoś w niedzielę bez bólów głowy udało się wstać i wyruszyć na wodę. Przed nami była niedziela i szczupaki musiały mieć się na baczności, na czyhające je niebezpieczeństwo. Jednak pierwszą rybą tego dnia był tęczak, którego złowił szwagier Ananasa. Potem zębate, choć niemrawo, ale obudziły się i dały popis waleczności. Było cieplej jak w niedzielę i nawet po południu na moment przedarło się słońce.
Ja rozpocząłem dzień szczupakiem. Żywczarze co i raz coś tam ciągnęli, były szczupaki i tęczaki.

Szczupły

Tęczak
Ted walczy z kolejnym szczupakiem, a znajdujący się wędkarze na pomoście mogą mu tylko pozazdrościć.

Ted walczy
Ale spinningiści nie próżnują i padają kolejne szczupaki, które przy łodzi ostro potrząsają paszczą.

W południe zaciąłem suma. Ruszył do przodu i z mojej niebieskiej strzały zrobił sobie motorówkę. Silnik był niezły, można rzec przedniej marki. Oceniam, że musiał mieć przynajmniej dychę wagi. Tylko, że ta przejażdżka na sumim ogonie nie trwała zbyt długo. Okazało się, że zafundował mi, a właściwie przynęcie wycieczkę do swej kryjówki. Ale cóż ja mogłem zrobić, gdy lina (żyłka) do przeciągania miała 0,18. Mogłem tylko ją rwać, co uczyniłem po paru nieudanych próbach wyciągnięcia wąsacza z głazów i pni.
Gdy dobiłem do karpiowej plaży na grilową kiełbaskę, dowiedziałem się, że MK też miał suma na wędzie. Było już tak blisko, już się Michał ponoć z nim witał, a ten się wypiął. Michał w ogóle miał niefart. Nie dosyć tego to jeszcze szczupły uciekł mu z siatki. W południe zjedliśmy pyszną grochóweczkę i wypłynęliśmy jeszcze raz na wodę. Zbliżał się front atmosferyczny i ryby brały już zdecydowanie słabiej. Musiało się zmieniać gwałtownie ciśnienie. Ostatnią rybą wyprawy był szczupak Puzia. Powoli zbieraliśmy się do odwrotu i jedni po drugich wyjeżdżaliśmy do domu.

Jak na organizatora przystało wyjechałem ostatni. Droga powrotna była uciążliwa z powodu gęstniejącej z minuty na minutę mgły. Do domu dotarłem po 19. Byłem szczęśliwy i zadowolony ze wspólnego pobytu na Eldorado. Tylko jakoś dziwnie zamykały mi się powieki i ciągnęło mnie do łóżka.
Dziękuję wszystkim uczestnikom za przybycie na spotkanie. Było bombowo i myślę, że jeszcze kiedyś powtórzymy.
Zrelacjonował Bolesław "Wędkoholik" Michalski
Fotografował Sławomir "Puzio" Bałka
– Komentarze –
Dopisz swój komentarz