Dobre Kluchy
Za
oknem piękne słoneczko a tu z powodu grypy muszę siedzieć w domu. Ale nie ma tego
złego co by na dobre nie wyszło. Zaczynam pieścić swe karpiówy. Przez głowę przechodzą
zeszłoroczne wspomnienia. Ciekawe czy w tym roku będzie podobnie? A może lepiej.
Tylko co w tym roku zaserwujemy na haczyk?
Przebojem
zeszłego sezonu były kluchy kartoflane. Jedna z wypraw była swoistego rodzaju
koncertem życzeń nie jednego wędkarza. Jak zwykle moja karpiowa ceremonia wyprawy
zaczęłą się w kuchni. Już wcześniej miałem ugotowane kartofle. Zmieliłem zwierzęcą
karmę i dawaj szykować mięsne kopytka. Jak zwykle pomocna w tych czynnościach
była Wędkoholikowa. Kluchy się udały i miały odpowiednią konsystencję. W sklepie
kupiłem jeszcze tak na wszelki słuczaj dendrobenę 4 i mogłem się już pakować.
Tym razem piwko kupowałem po drodze (mój ulubiony Leżajsk).
Nad
wodą znalazłem się po południu, więc bez pośpiechu przystąpiłem do rytuału przygotowań
łowiska. Wpierw nastąpiło oznaczenie karpiowej górki. Wyjątkowo z jej odnalezieniem
poszło jak po maśle. Za burtę poszedł ciężarek z linką, do której przywiązana
była butelka po wodzie mineralnej i duży żywcowy spławik ze świetlikiem. Przybiłem
do brzegu i zacząłem wypakowywać resztę gratów. Podbierak i podpórki poszły na
pierwszy ogień, a zaraz potem rozpoczęło się rozrabianie zanęty. Wreszcie przyszedł
czas na wędy.
Gdy wszystko było na swoim
miejscu, wsiadłem do łódki i nastąpiło wywożenie pierwszego zestawu. Zestaw wylądował
w wodzie, a zanim trochę zanęty i klusek. Drugą wędkę ustawiłem ze spławikiem,
zarzucając ją blisko od brzegu z robalem. Podsypałem zanętą i wreszcie miałem
chwilę czasu dla siebie, by przepłukać zaschnięte gardło złocistym płynem. Papieros
dymił już dawno.
Noc zapowiadała się
wyjątkowo optymistycznie i zachęcająco. Pięknie zachodzące czerwono pomarańczowym
kolorem słońce i gasnący południowo zachodni wiatr musi przecież przynieść dobre
wyniki. Jakoś wcale nie martwiłem się, że nic nie bierze. Byłem wprost wewnętrznie
przekonany, że wszystko niebawem się zacznie. Powoli się ściemniło, a na wschodzie
pojawiła się słaba łuna łysego, który jeszcze nie wychylił się zza horyzontu.
Rozpaliłem lampę gazową. Blask lampy rozświetlił nabrzeże i ukazał lustro wody,
tylko gdzie niegdzie pokryte małymi zmarszczkami.
W
końcu zrobiło się chłodno, więc po skarpie wspiąłem się na górę i zajrzałem po
ciuchy do samochodu. Nagle gdy sięgałem kurtkę, usłyszałem przeraźliwy pisk rozdzierający
nocną ciszę. Biegiem na palcach lecę po skarpie w dół i biorę wędkę do ręki. Jest
siedzi, mam kontakt. Jest wpół do jedenastej, gdy pierwszy cztero kilowy misiaczek
ląduje w podbieraku.
Znów łyk piwka
i widzę jak świetlik spławika majestatycznie znika pod wodą. Zacinam i po chwili
mały karpik dwójka z okładem jest już na pomoście. Wywożę zestaw na górkę i drugi
zarzucam znów w to samo miejsce. Teraz już wcale nie czuję chłodu, kurtka leży
z boku na trawie. I znów spławik zaczyna swój taniec. Podnosi się do góry i znika
pod lustrem jeziora. Cichutko naprężam żyłkę i w odpowiedzi otrzymuję zdecydowany
opór. Wyjmuję na pokład pomostu trójaka. Odczepiam go i woduję, ale widzę, że
haczyk zaplątał się w siatkę podbieraka.
Próbuję
uwolnić go z siatki i zastanawiam się co to będzie dalej. Jest dopiero jedenasta
z minutami. W odpowiedzi słyszę dźwięk sygnalizatora. Co tu począć. Szybko obcinam
zębami żyłkę i uwalniam w ten sposób podbierak z haczyka. Podejmuję wyzwanie i
widzę jak kij wygina się ostro, a po chwili słyszę już przyjemny dla ucha jazgot
hamulca. Ryba idzie szybko w sobie określonym i znanym kierunku. Po chwili (tak
mi się tylko wydawało), gdy już widać było poważny ubytek żyłki na szpuli, karp
zwolnił i zmienił kierunek. Począł płynąć w moim kierunku i to był jego błąd.
Szybko
zwijałem zabraną mi przed chwilą żyłkę na kołowrotek. Gdy karp zbliżył się na
odległość około 15m., chyba zorientował się w swojej pomyłce kierunków. Odbił
gwałtownie w prawo i ruszył na wodę jak torpeda. Wiedziałem już, że to nie przelewki
i przydałaby się pomoc. Jedną ręką trzymam wędzisko, a drugą próbuję telefonicznie
wezwać kogoś na pomoc. Musiało to komicznie wyglądać, ale udało mi się osiągnąć
cel i powiadomić kogo trzeba.
Teraz
swą uwagę skierowałem już tylko na walkę z mym misiaczkiem. Dwa Bolki wzięły się
za siebie. Powoli męczyłem karpia, ale i sam też traciłem siły. Wreszcie, na powierzchni
pokazał się wielki pysk jak lej gąsiora, a za nim cielsko wykładające się na taflę
wody i mam już swego misiaczka w całej jego okazałości. Nie mam żadnej wątpliwości.
Ma trochę ponad dychę, tylko ile. Dostrzegam również, że mój podbierak jest ciuńkę
przy mały jak na tego zwierza by go tam umieścić. W tych szacunkach się nie mylę.
Cztery razy próbuję włożyć karpia do środka, a on tylko wygina się na pałąkach
i spływa obok kosza. Wreszcie za piątym razem wykorzystuję jego błąd i podnoszę
kosz do góry. Jest w środku.
Palcem
włączam wolny bieg, odkładam wędkę i oburącz za kosz wyjmuję zdobycz na pomost.
Haczyk jest w górnym podniebieniu, Widzę go, przecież świeci złotym kolorem, ale
nie mogę go dostać peanem, bo ręce drżą jak galareta w potrząsanej salaterce.
Nożyczkami ścinam żyłkę. Karp przecież to nie sroka i nie będzie trzymał w dziobie
świecidełka tylko szybko go wypluje.
Nadchodzi
pomoc. W siatce wraz z nylonem polewany wodą karp, ląduje w samochodzie i na wadze.
Jeszcze fotka i wkładam go do wody. Odpływa majestatycznie, ale zdecydowanym ruchem.
Tylko mnie jeszcze ręce drżą i trudno przełknąć ślinę. Wypijam łyczek piwa, potem
drugi i przyswajam wynik wagi - 11,50 (po odjęciu ciężaru siatki i nylonu). Do
końca nocy łowię już tylko na jedną wędkę.

Dałem mu buzi
A
noc była wspaniała. Teraz łysy delikatnie już odbija się w tafli jeziora. Jest
nisko nad horyzontem i choć prawie w pełni, poświata jest delikatna. Taka w sam
raz. Zakładam kolejną kluchę ziemniaczaną na haczyk i wywożę na górkę. Dodaję
trochę kopytek i zanęty do wody luzem. Jest północ, a ja mam już cztery karpie
w tym jeden całkiem niczego sobie. Aż serce się raduje. To już jest udana wyprawa,
bo i piękna pogoda i ryby też biorą wspaniale.
Ryby
faktycznie nie dawały mi odpocząć do rana. Co i raz meldował się całkiem niezły
prosiaczek. Do rana skusiło się na te mięsne kopytka jeszcze siedem karpi. Dwa
miały po dobre sześć kilo, dwa następne to konkretne piątki. Reszta miała od półtora
do czterech kilo. Kopytka to dobra rzecz. Jak to dobrze, że Wędkoholikowa umie
je gotować.
Wszystkie karpie odzyskały
wolność, a ja wróciłem do domu radosny i pełen wrażeń, które starczyły mi wprawdzie
tylko na tydzień, ale to już całkiem inna historia.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski
– Komentarze –