Dziwny Spinnerek  

Są lata osiemdziesiąte. Początek roku, więc trzeba odwiedzić nasze "kochane" PZW, opłacić składkę na rzecz jeszcze wówczas monopolisty. Włodek ma wolniejsze popołudnie i korzystając z tego zachodzi na ul. KRN (obecna i dawniejsza Twarda). Wchodzi do gmachu, staje w kolejce i w końcu w okienku wnosi opłatę.

Wychodzi na zewnątrz i dochodzi do wniosku, że jak tu już jest, to wskoczy do obok znajdującego się sklepu. Zerknie sobie, może kupi jakieś haczyki, a może coś jeszcze, ale tak naprawdę to raczej poogląda co tam nowego. Jest przy ladzie w kolejce. Stoi spokojnie i czeka oglądając co tam leży na półkach.

Nagle z zaplecza wytacza się na dobrym rauszu kierownik sklepu i ni z tąd ni zowąd wali prosto do Włodzia, z za lady obejmuje ręką i do ucha szepce: "poooczeekaj koolego coś mam dla cieeebie". Chwiejnym krokiem poszedł na zaplecze, a Włodek nie może otrząsnąć się ze zdziwienia. Ani zna faceta, tylko z widzenia w sklepie. Nie może w żaden sposób skojarzyć o co tu chodzi. Wyjść ze sklepu, czy co? Myśli sobie. Dochodzi do wniosku, że pan kierownik w pijanym widzie z kimś go na pewno pomylił. Co tu robić? Ciekawość jednak zwycięża i postanawia poczekać na rozwój wydarzeń.

Po chwili znów wtacza się do sklepu kierownik i wnosi zapakowaną w futerał wędkę. Odstawia ją na bok i bełkocze "wiiidziszsz, obiecaaałeem i słoowa dootrzymałeem". Bierze bloczek i wypisuje paragon do kasy, a Włodek zerka i widzi, że futerał jest autentyk germiny. Tylko co w środku? Myśli szybko co by nie było to na paragonie widnieje 103zł., więc ryzykować warto. Słyszy jeszcze "było przyyjśććć wczeeeśśśniej; od daawnaa na cieeebie czeeekał". Teraz nieszczęśnik nabiera przekonania do towaru, bierze wypisany paragon i czyta germina coś tam, więc szybko idzie do kasy, płaci, odbiera towar i chodu ze sklepu. Biegiem na przystanek i do tramwaju. Znajduje wolne miejsce siada, aby ochłonąć.

W końcu zaczyna się śmiać z całej tej sklepowej przygody. Przez głowę przechodzi mu myśl co będzie jak kierownik wytrzeźwieje i przyjdzie do sklepu jego prawdziwy kolega. Co ów kierownik mu wtedy powie. W końcu ciekawość co to jest za sprzęt, bierze górę. Zagląda do środka pokrowca i już wie, że to spinn. Przyjeżdża do domu i z rozradowaną miną natrafia na Mamę. Zapomniałem, Włodek to mój Vater. Mama robi mu wyrzuty. Przecież miał wykupić kartę, a On kupuje wędki. Gdy opowiedział całe zdarzenie wszystkich ogarnął wesoły nastrój.

Mama protestuje, że stygną kartofle, ale kto by się tym przejmował. Trzeba obejrzeć prezent pijanego kierownika. Ojciec wyjmuje z pokrowca swą świeżo nabytą germinę i składa. Piękny dwuczęściowy zoom 1,8m. w kolorze zgniło pomarańczowym. Rękojeść korkowa, krótka tak jak lubi, akcja szybka, szczytowa, typowo niemiecka. Ciężar wyrzutu jak w sam raz do 15g. Nic dodać nic ująć. Mama woła na obiad, ale gdzie tam. Patrzymy z bratem jak Ojciec już zakłada swojego shakespearka (kołowrotek) przywiezionego z Czechosłowacji i próba w pokoju na całego.

W końcu i Mama odpuszcza sobie z obiadem. Teraz przecież musimy pomachać trochę tym spinnem po pokoju. W porównaniu do naszych tokozów leciutki jak piórko. Dochodzimy do wniosku, że pan kierownik lepiej sprawić się nie mógł. Mamy też namacalny dowód jak te wyroby germiny rozchodzą się z pod lady na naszym komunistycznym rynku. Jak się nie ma układów to ani rusz. No chyba, że kierownik trochę kropelek zażyje.

Na wiosnę zostaje wypróbowany. Zdaje egzamin na pierwszym wyjeździe. Godzina czasu i dwa szczupale dają się dziecinnie prosto wprowadzić do podbieraka. Powoli Ojciec nabierał przekonania, że tak w ogóle germinka jest dziwnie bardzo łowna. Spinn już obowiązkowo wędrował z Ojcem na każdą wyprawę. Potrzebny nie potrzebny, ale szczęście na pewno przyniesie mawiał.

I tak było faktycznie. Ojciec łowił nań szczupaki w miejscach, gdzie inni nawet nie chcieli zaglądać, twierdząc, że to bezrybie. Mnie też urzekł ten pomarańczowy spinnerek. Jakby był zaczarowany. Kompletnie nie brałem pod uwagę, iż Ojciec był wytrawnym wędkarzem i spinningował od najmłodszych lat. Coś jednak w tym kijku było, bo i Ojciec bardzo go lubił. Nie rozstawał się z nim do końca.

Po śmierci Ojca na wiosnę w 96 roku, przejąłem germinkę w spadku. W czerwcu wyjechałem do Kłączna. Wszyscy lubiliśmy tamtejsze jezioro. Wypłynąłem na wodę. Zakotwiczyłem i złożyłem germinkę Ojca. Założyłem aglie3 i rzuciłem. Słyszę trzask i po wędce. Płakać mi się chciało. Pierwszy rzut i koniec wędziska. Popatrzyłem w niebo i pomyślałem - to Ojca sprawka; z krainy wiecznych łowów daje mi znać, że nie chce abym nim łowił.

Uszanowałem życzenie. Zaczarowany spin germiny schowałem do pokrowca i leży obecnie na półce jako pamiątka. Razem z nim, obok, leży shakespearek. Czasem zajrzę do nich gdy mi się zbierze na rodzinne wspomnienia.

Bolesław "Wędkoholik" Michalski