Potwór jak z Loch Ness  

Jest piękny upalny dzień lata. Siedzimy trzeci dzień na karpiowaniu. O połowach w piekielnie prażącym słońcu nie ma mowy. Nie bardzo mamy ochotę czatować na kolejne branie, a karpiom ten żar z nieba całkowicie odebrał ochotę do jedzenia. Weszliśmy po skarpie na górę, gdzie rosną drzewa i dają życiodajny cień. Widać stąd łowisko. Woda jak lustro, nie zmarszczone choćby najmniejszym powiewem wiatru. Trzeba będzie czekać na chłód wieczorny, bo teraz nie weźmie żaden karp.

Pod oświetlonym słońcem lustrem wody dostrzegamy stadko karpi kąpiących się pod powierzchnią. Stado składa się z kilkunastu misiaczków takich od dwóch do czterech kilo. Po chwili dostrzegamy jeszcze dwa podobne zgrupowania karpi. Jedno z nich pływa dokładnie nad naszymi zestawami. Hmm szkoda, że nie zejdą w okolice dna by się posilić. Mamy małą nadzieję, bo nasze stanowiska z podstępnie leżącymi na włosach kulkami, są dokładnie w zacienionej jeszcze części. Ale sama obserwacja pływających stad też fascynuje. Czasem któryś wystawia swą trąbkę nad powierzchnię wody i próbuje łapczywie chwycić powietrza, poczym znów się zanurza w gorącą jak zupa toń wody.

Nagle Karol wykrzyknął - patrzcie - i ręką pokazał w prawo na wodę. Cóż to może być? Pod woda widać cień na półtora metra leciutko. Majestatycznie porusza się potwór pod wodą. Po chwili lekko się zagłębia i robi powolny zwrot. Nawraca, płynie ze sto metrów i znów nawrotka. Spore sumisko wyszło na żer. Pewnie za uklejką do powierzchni - zaczynamy snuć domysły. Wystarczy, że otworzy paszczę i sobie pływa, a uklejki jedna za drugą wpadają w jej czeluść.

Obserwujemy dalej rybki i marzymy o odrobinie wiaterku i choćby paru chmurkach. Widzimy jak odległość między jednym ze stadek karpi i pływającym sumem zmniejsza się. Zastanawiamy się co z tego wyniknie, przecież jeśli dalej będą baraszkować w swoich kierunkach musi dojść do spotkania. Nagle znika cień suma w głębinie wody. Myśleliśmy, że to koniec zabawy, ale gdzie tam. To początek tego co miało nastąpić.

Nagle rozlega się potężny chlupot jakby kawał kilkutonowego betonu runął do wody. Zagotowało się na wodzie. To sum wypłynął do powierzchni i pochwycił jednego z karpi ze stadka jakie się spławiało. Zniknął w toni, a stado rozpierzchło się po akwenie. Ale po chwili znów stadko karpi było razem i jakby zapominając o tym co się stało, spokojnie baraszkuje przy powierzchni. Nie mieliśmy wštpliwości. Ich nic to nie nauczyło. To było jak zaproszenie potwora do darmowej stołówki. Po kilku minutach skorzystał zachęcony głupotą karpi i znów fontanna wody zburzyła błogi spokój.

Teraz już nie mieliśmy najmniejszej wątpliwości, iż na brania karpi trzeba będzie czekać, aż potwór się nażre do oporu po brzeg paszczy. Części karpi nie będzie więc dane poleżeć na naszych materacykach karpiowych. Mamy tylko nadzieję, że wszystkich misiaczków potwór nie pożre i zostanie kilka do złowienia.

Bolesław "Wędkoholik" Michalski