Pluszne i Leszcze
Zadzwonił telefon. Andrzej (mój znajomy) nadawał szybko: "Bolek szykuj graty, jedziemy nad Pluszne na leszcze i węgorki." W pierwszej chwili zastanawiam się, co mu odbiło. Ale on nawet nie chciał słyszeć sprzeciwu. Miejsce w leśniczówce było już zaklepane, no i jeszcze ktoś miał dojechać. Cóż było robić? Zagrzałem słuchawkę kilkoma telefonami, przesunąłem spotkania w robocie z powodu bardzo ważnych spraw służbowych, a synowi powierzyłem pieczę nad całością w pracy. Przegrzebałem pudło z zanętami, załadowałem tego różnych rodzajów chyba z 10 kg. Wędki do pokrowca, kołowrotki do torby, gorączkowo myślę, żeby czegoś nie zapomnieć. Torba z ciuchami (jak zwykle, na wszelki wypadek, spakowana) czekała w pogotowiu. Połowica chyba nie chciała mi psuć dobrego nastroju, bo bez słowa pojechała do sklepu po konserwy, no i oczywiście po płatki owsiane, kukurydzę, kaszę mannę itd. itp.
Wstałem w nocy i biegiem po samochód. Przyczepa na hak i podjazd pod dom. Graty do wozu, z piwnicy moja skorupka (łódka) na przyczepkę i już podjeżdżam pod klatkę kumpla. Następuje doładowanie jego sprzętu i ani się obejrzeliśmy jak byliśmy na szosie za W-wą.
Dojechaliśmy na miejsce i pierwsze co robimy, to rozpytujemy ludków jak te leszcze biorą. Miny nam posmutniały, oczy przygasły, możecie się domyślać jakie odpowiedzi uzyskaliśmy. W tej sytuacji już całkiem spokojnie rozpakowaliśmy całość majdanu i przystąpiliśmy do szykowania spławikówek i gruntówek. Co tu począć z tymi leszczami? Bez półlitra nie rozbierzesz. Wypiliśmy po sztakańcu i Andrzej w te słowa: "Bolek wymyśl coś, musimy pokazać reszcie, że przyjechali wędkarze, a nie harcerzyki."
Doszliśmy szybko do wniosku, iż jedyne co nas może uratować to dobra zanęta. Wystawiłem to co zabrałem. Czego tam nie było? Biszkopty, herbatniki, pierniki, jakieś przetwory kukurydziane, mączki, kaszki, różne spezi i inne. Po chwili miałem na kartce spisanych kilka mieszanek. Wybraliśmy co tworzymy i począłem mieszać. Dojechała reszta i od razu: "co to za zapachy, aż słodko w gardle się robi". A my nic tylko ręką jak chochlą mieszamy dalej i dzielimy na porcje.
W końcu znajdujemy się na tafli wody Plusznego. Pierwszy wdech zapachu jeziorowej wody - jak ja to uczucie lubię. Płyniemy na z góry obrane pozycje bojowe. Kijki mamy ze sobą raczej dla pozorów niż z wiarą. W końcu kotwiczę. Biorę do ręki płotkówkę, tak dla zabawy i wysądowania łowiska. Podsypuję blisko łodzi trochę tego śmierdzidła, cośmy umieszali i próbuję, jak na to zareaguje drobnica. Po 10 min. płotki ruszyły do boju tak ostro, że obaj nabraliśmy przekonania do tego badziewia z misek.
Po kilogramie do wody w paru porcjach i piękne wagglery lądują dwadzieścia metrów od łódek. Ale leszczy jakoś nie ma. Kolejny papierosek, a antenki spławików nawet nie drgną. W końcu sięgam po herbatę z termosu i... wylewam ją do łodzi. Właśnie widzę jak antena się unosi i spławik klasycznie się wykłada. Zacinam i pierwszy leszczyk podejmuje walkę. Do wieczora mamy już po kilka sztuk. Ryby odzyskują wolność, a my spływamy na kolację. Znowu śmieją nam się pysie. Na brzegu pytamy innych jak brały. Widzimy skrzywione miny, które mówią same za siebie.
Następnego ranka wstajemy jeszcze przed świtem. Grubo przed wschodem jesteśmy zakotwiczeni na swoich stanowiskach. Zarzucamy zestawy. Do wody wrzucamy po jednej spłaszczonej kulce. Długo nie czekaliśmy, spławiki podnosiły się i zanurzały to na jednej to na drugie wędce. Do śniadania mieliśmy już po parę łopat. Wypuszczaliśmy je, bo kto by tam chciał oprawiać i smażyć. To kompletna strata czasu. Cała frajda jest w łapaniu.
Andrzej dostał już kompletnej palmy. Tak był wyposzczony, że oprócz spławikówki wrzuca na pickerku robala tuż przy łodzi. W koszyku rzecz jasna nasze śmierdzidło. Woda lustro, więc szczytówka wskazuje brania, a nie bujanie łodzi. A tu zaczynają mu szczytówkę przyginać patelniaki. Zabawę ma przednią. Już nie ładuje koszyka tylko robal na haczyk i sru za burtę. W końcu słońce znalazło się nad głowami i czas popłynąć na obiad. Po obiedzie, do wieczora poświęciliśmy się węgorzom.
Mnie jednak ciągnęły leszcze i po dwóch wieczorach węgorzowych, zająłem się srebrnymi łopatami bez reszty. Po południu łapałem je z jednego z pomostów. Też brały, ku zdumieniu innych moczykijów. Sielanka trwała kilka dni. Wyraźnie pokazała, jak ważną rolę odegrała dobra zanęta. Choć nie były to olbrzymy, to całkiem nas usatysfakcjonowały. Na tle innych wyglądaliśmy przecież jak mistrzowie.
W ostatni dzień moczenia kiji postanawiamy wziąć po kilka leszczy. W południe spływamy i widzimy, że jedna z trzcin jakoś dziwnie sterczy, jak gdyby oderwana od dna. Podpływamy do niej i widzimy, że korzenie są w górze, a roślinę kotwiczy linka z kamieniem. Podpłynęliśmy do brzegu. Wyładowaliśmy sprzęt i popłynąłem z powrotem, a Andrzej stał na warcie obserwując jezioro. Zaczepiłem linkę do burty, odciąłem od kępy trzcin i nawróciłem z powrotem do brzegu. Wciągnęliśmy świeżutko postawiony sznur węgorzowy. Posprzątaliśmy po sobie, aby nie było śladu naszej działalności antykłusowniczej.
Spokojnie skrobiemy sobie rybki, a tu ni stąd ni zowąd podpływa facet ze spinnerkiem i ogląda swoją kępę zielska. Słyszymy jak ów klnie: "O ku...a" i zdziwiony nie może uwierzyć. Odległość od brzegu była tak mała, iż widać było zdziwienie - co to za ryba wzięła, że aż porwała cały sznur z żyłki 0,50.
Musieliśmy uciekać czym prędzej z nad wody, bo taki śmiech nas ogarnął, że trudno było się opanować. Taki to był koniec zwariowanej wędkarskiej wycieczki.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski