Nad J.Pińskim
Telefonujemy
do Izabell i wszystko się wyjaśnia, to na pewno to jezioro. Trafiliśmy. Udajemy
się do gospodarza i Andrzej wynajmuje łódź. Cholernie ciężka, ale udaje się ją
zatargać ze stodoły nad brzeg jeziora. Szybko montujemy spiny i hajda na wodę.
Szczupłe ponoć czekają.
Do godziny
dziewiątej próbujemy obaj łowić szczupłe, ale one nie widzą potrzeby kontaktu
z nami. Kolega przestawia się na spławikówki. Ja uparcie szukam szczupłych, ale
od czasu do czasu łowię tylko zaczepy na ukrytych pod wodą kołkach. Zrywam w końcu
wspaniałego woblera, którego dostałem od Gładkiego. Nad Plusznym zdążyłem na niego
już złowić szczupaczka. W głębi duży rozpaczam nad stratą i nagle widzę jak mój
wobler majestatycznie wypływa na powierzchnię wody. Szybko łowię go w podbierak
i odkładam z ulgą do pudełka. Dalej spinninguję już tylko gumami. Za dużo tu kołków.
Na
spotkanie ze szczupakiem musiałem trochę jeszcze poczekać. W końcu widzę jak zakotłował.
Przy powierzchni taki zębaty z kilo do półtora. Co ja nie wyprawiam, by mu poddać
przynętę pod nos. Prowadzę wyżej, niżej, przy dnie, pod powierzchnią i nic z tego.
No trudno. W końcu po bóg wie iluś tam rzutach udaje mi się nawiązać kontakt z
latoroślą tego gatunku i nawet jestem szczęśliwy, że się sam odczepił przy łodzi.
Mierzył nie więcej niż dwadzieścia parę cm.
Natomiast
spiningowanie dało zupełnie inny i nie oczekiwany przeze mnie rezultat. Okazało
się, że jezioro Pińskie chyba bardziej ma szansę zasłynąć z patelniowego okonia,
czy jak to określa mój kolega okołokonia, ( czyli jeszcze nie garbusów, ale już
nie szczeniaków, podrostków). On na swe spławikówki złapał ich ponad siedemdziesiąt,
a ja wyłuskiwałem kolejne pięknie wybarwione sztuki niemal spod każdego liścia
grążela. Nie zliczyłbym chyba ile siadło mi na riperka.
W
końcu o pierwszej z minutami spływamy, aby zjeść jakieś kanapki. Dochodzimy do
wniosku, że słońce dało nam się już we znaki i postanawiamy się pakować. Teraz
czekamy już tylko na Izabell, Jej męża i rudego pieska Chipsona. Aż, co za harce
to przemiłe psisko wyprawiało.
Po
krótkiej rozmowie Robimy pamiątkową fotkę z Izą. Oczywiście Andrzej usilnie próbuje
się dowiedzieć gdzie są te szczupaki.
Pożegnaliśmy
się i zadowoleni z udanych połowów okoni, ruszamy do Warszawy.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski