Nie byłem sam
W
środę po południu pakuję graty do samochodu, bo trzeba jechać i spełnić obowiązek.
Moje misiaczki dopominają się bym je nakarmił, więc przygotowałem świeżą porcję
kluch i pracowita nocka przede mną. Wyjeżdżam później niż zazwyczaj, za to w towarzystwie
i to jakim. Wędkoholikowa zgodziła się towarzyszyć w tej wyprawie. Rzadko się
zdarza, by chciała jechać na nocne eskapady wędkarskie.
Nad
wodę dojeżdżamy przed dziewiętnastą. Rozkładam sprzęt niemal na biegu. Po dwudziestej
można już spokojnie usiąść i pozachwycać się zachodem słońca. Powoli robi się
ciemno, gdy pierwszy karpik podchodzi do kluseczki. Zacinam, a ta bestia ucieka
prosto w kamienie. No i dopiął swojego, czyli się wypiął. Nastaje cisza, czyżbym
się spóźnił na karpiową kolację?
Koło
jedenastej w nocy, znużony całodziennym upałem i brakiem brań, powoli wpadam w
drzemkę. Z początku się bronię jak to potrafię, ale przysypiam. Ania też już nie
ma siły walczyć z tym zjawiskiem opadania powiek i układa się najpierw na pomoście
testując karpiowy materacyk, ale w końcu ląduje w samochodzie. Noc jest wyjątkowo
ciepła. Wreszcie prawdziwa, lipcowa noc. Mimo że niebo jest rozgwieżdżone, nie
trzeba już ubierać się w kolejne ciuchy na cebulę. Siedząc na krzesełku na stałej
i stabilnej części pomostu zasypiam na dobre. Jestem przyzwyczajony do takiej
pozycji, więc nawet nie odczuwam dyskomfortu.
Niebawem
po pierwszym braniu, gdy znów zestawy były na swoim miejscu i czekały na kolejnych
chętnych na posiłek, nagle niebo przeszywa gwałtowna jasność, jakby ktoś reflektor
dużej mocy nagle na chwilę zapalił na niebie, jakby nagle fajerwerk rozbłysł.
Ryby wyskakują z przerażenia aż nad wodę, przerywając ciszę gwałtownym pluskiem
wody. To wybuchł meteoryt wpadający w atmosferę ziemi i gwałtownie się spalił.
To rzadkie zjawisko widokowe na taką skalę. Z reguły widać tylko małą smużkę na
niebie, a tu taki rozbłysk, a dopiero potem dwie smugi spalających się resztek
okruchów.
No, ale gdy już tak porządnie
przysnąłem na krzesełku, ciszę nocną przeszywa buczek sygnalizatora. Budzę się
i do świadomości dociera, że dźwięk jest na niskich tonach, więc musi to być zestaw
po prawej stronie. W świetle lampy gazowej dostrzegam powoli obracającą się szpulę
kołowrotka. Podrywam się gwałtownie i tracę równowagę. Musiałem przysnąć na dobre
i teraz jeszcze nie mogę dojść do siebie. Chcąc chwycić za wędzisko, omal nie
wpadam do wody. W końcu przełamuję ułomność śpiocha i zacinam. Mam kontakt.
Na
drugim końcu to coś, co przed chwilą wyciągało żyłkę, stawia opór. Zaczyna się
przeciąganie liny. Zapompowuję kilka razy i bestia ustępuje. Teraz ja ciągnę ją
do siebie zwijając żyłkę. Naprężam sprzęt i chwytam za latarkę. Zapalam i ustawiam
snop światła skosem na wodę, tak, aby nie płoszyć ryb na stanowiskach. Holuję
dalej rybę i odciągam ją w prawo by nie weszła w sąsiedni zestaw. Im bliżej brzegu,
tym stawia coraz większy opór. Tak, wiem już, że to nie jest jakiś tam wigilijny
osesek, to coś, co cieszy oko wędkarza. Udaje mi się skierować rybę we właściwą
stronę i jest ona już blisko pomostu. Zaczynam próbę podniesienia i po chwili
karp zachłystuje się powietrzem. Zanurza się jeszcze wprawdzie na chwilę, ale
już walka jest przesądzona. Następuje akt poddania się i po cichutku sunąc po
powierzchni karp wślizguje się nad podbierak. Unoszę obręcz nad wodę i słyszę
chlupot, a na lewicy mam dobre potrząśnięcie.
Odkładam
wędkę włączając wolny bieg kołowrotka i oburącz wyjmuję kosz podbieraka na pomost.
Leży teraz mój misio w siatce podbieraka, na materacu i zdyszany szybko porusza
pyskiem i mlaska jakby chciał mi coś powiedzieć. Wyjmuję haczyk i z pod karpia
siatkę podbieraka. W świetle lampy widzę, że na pewno to jest ten od pięciu wzwyż.
Wkładam go do zmoczonej siatki saka i umieszczam w wodzie. Rano będzie ważenie,
mierzenie i fota. Buzi też dostanie rano.
Do
świtu mam jeszcze dwa brania, ale nie są to prosiaczki. Od, jeden ma 1,6kg, a
drugi 2,5kg. Właściwie wszystkie trzy brania nastąpiły szybko jedno po drugim,
gdy wschodził łysy. Gdy księżyc wzniósł się wyżej i rozświetlił ciemności na dobre,
brania ustały do godzin rannych.
Teraz,
gdy słonko już wzeszło, zapraszam Anię by mi towarzyszyła przy dalszych czynnościach.
Najpierw do pielęgnacyjnych zabiegów szykuje się ten siedzący w saku. Ma 84cm
wzrostu i waży 7,20 kilogramów. Ach trochę zabrakło do medalu, ale i tak cieszy
oko. Przynajmniej mnie satysfakcjonuje. Trochę się wierci przy robieniu foty,
ale w końcu udaje się go sfotografować.
Znów
mlaska, by coś przekazać

"...ale dałem się nabrać na te wędkoholikowe kluchy..."
Teraz
jeszcze tylko buziak i misiaczek odzyskuje upragnioną wolność. Z siatek wyjmuję
kolejne dwa karpiki i układam obok siebie. Te tylko ważę i fotografuję.

"Jeszcze sobie trochę poleżymy, bo nam tu dobrze na tym mięciutkim materacyku."
W końcu większa
ląduje w wodzie, a niestety mniejsza idzie z powrotem do siatki. To zamówienie
od sąsiadki z bloku. Teraz siadamy oboje na pomoście. Ania robi wspólne śniadanie,
a ja zajmuję się łowieniem. Ileż to spraw można obgadać na takim wspólnym wyjeździe
we dwójkę. Ileż wspólnych wypraw powspominać. Człowiek jakby się staje młodszy
i nabiera chęci do życia. Pozwala to później mieć więcej zrozumienia dla spraw
drugiej osoby, małżeństwo staje się jakby młodsze stażem.
No
tylko jakoś rybki nie śniadają, czyżby nie były głodne.
Po
pracowitej nocy senność nie daje spokoju. Za to popielniczka jest na miarę potrzeb
W końcu gdzieś koło ósmej zaczynają
się powoli na powrót brania. Są wprawdzie rzadkie i anemiczne, ale coś się zaczyna
dziać. Biorą zarówno na owocowe kopytka jak i na bób. Szkoda tylko, że są małych
rozmiarów. Ale w tym roku, przez ciągłe wahania pogody jakoś wyniki na tym akwenie
są zdecydowanie słabsze u wszystkich wędkarzy. Ja zajmuję się holem kolejnego
karpika, a Ania robi zawzięcie zdjęcia z moich zmagań z tymi podrostkami.
Ale
jak to zwykle bywa, czas na takich wycieczkach szybko mija i aniśmy się obejrzeli
dochodziło już południe. Nadszedł czas odwrotu. Jeszcze tylko jedno spojrzenie
na cypel po przeciwnej stronie jeziora...
...i
zaczynamy się pakować. O pierwszej nieco śpiący, ale wypoczęci i radośni ruszamy
do Warszawy. Pomimo, że tym razem nie było już lokomotywy, co by kazała wylać
z siebie siódme poty w kilku godzinnych holach, jestem całkowicie zadowolony z
połowu. Niebawem tu wrócę i może wtedy będzie mi dane spotkać się z takim olbrzymem,
jakiego miał Paweł. A może nawet znów razem we dwóch tu zawitamy?
Bolesław "Wędkoholik" Michalski