Na czuja  

Beztroskie dzieciństwo, to z reguły okres wielu radości pozostających w sercu na dalszą część życia. Oto jedno ze zdarzeń do którego lubię wracać.

Była połowa lat sześćdziesiątych. Razem z całą rodziną byłem na wakacjach nad jeszcze wtedy czystą i rybną wodą Bugu. Dziadek z Ojcem wypływali łodzią na upatrzone miejsca i łowili dorodne płocie na mało znaną tam pszenicę. Ja musiałem zostawać na brzegu. Nawet nie próbowałem prosić o zabranie mnie na łódź, bo z góry wiedziałem, iż jest to marzenie ściętej głowy. Pomimo, że umiałem dobrze pływać, bali się mnie zabierać na środek rzeki. Zamiast pszenicy na przynętę kopałem trochę robaków i hajda nad wodę. I tak codziennie organizowałem sobie swoje wędkarskie wyprawy. Na początku łapałem uklejki. W końcu znalazłem spokojną, o lekko wstecznym prądzie zatoczkę, porośniętą przy brzegu trzcinami. Odkryłem szybko mały dołek w ukształtowaniu dna tej zatoczki. Tylko ciężko było tam dorzucić delikatnym sprzętem, a prąd i wiatr znosił spławikowy zestaw szybko w bok. Należy dodać, że wówczas łapałem na zwykły kij bambusowy i kołowrotek z ruchomą szpulą. Wyciągałem więc żyłkę z kołowrotka na trawę, rozkładając ją uważnie by się nie splątała i zarzucałem jak najdalej tylko potrafiłem. Cały czas myślałem nad tym, co zrobić, żeby celnie dorzucać w ten dołek, a najlepiej na jego skraj z lekkim prądem.

W pewnym momencie, zaraz po zarzuceniu, gdy palcami próbowałem podebrać nadmiar żyłki, miałem branie. Odczułem to po delikatnych drganiach żyłki w palcach. Zaciąłem i wyciągnąłem rybę na brzeg. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie nastąpiło młodzieńcze olśnienie, które przyniosło pewien pomysł. Postanowiłem wypróbować, czy da się wyczuć branie trzymając delikatnie palcami napiętą żyłkę. Szybko zmieniłem zestaw. Zdjąłem spławik, założyłem większy ciężarek i zarzuciłem dokładnie tam gdzie zaplanowałem. Teraz po wybraniu nadmiaru żyłki, trzymałem ją lekko napiętą w palcach. Przynęta leżała na dnie, delikatny prąd nie ściągał zestawu, a ja czekałem spokojnie co z tego będzie. Poczułem delikatne drgnienie w palcach, niczym telegraficzny przekaz i pociągnięcie. Zaciąłem i rozpocząłem hol. Wreszcie złapałem coś konkretnego. Była to spora płotka. Zacząłem z gruntu łapać całkiem niezłe płotki i jazie, z którymi przy tym sprzęcie i żyłce 0,15 miałem co robić (wytrzymałość żyłek była wtedy mniejsza, kołowrotek nie miał hamulca bezpieczeństwa).

Było się czym pochwalić. Z ryb wracałem zadowolony i niezwykle dumny ze swojego pomysłu. Na pytanie Ojca jak mi się udało złapać te ryby, odpowiedziałem - "na czuja". I tak też nazywam tę metodę do dzisiaj. Ojciec pozwolił pogrzebać w swoich cackach wędkarskich i wybrać wszystko co mi się przyda do tej mojej dziwacznej, ale skutecznej metody połowów. Oczywiście technikę tę dopracowałem, jak mi się wydaje do perfekcji. Szkoda, że o ryby trochę trudniej. Metoda ta doskonale zastępowała mi drgającą szczytówkę, której wtedy nie było. Pozwalała precyzyjnie wyczuwać najmniejsze branie, szczególnie na spokojnej wodzie. To niezwykła przyjemność i niezapomniane wrażenie. Czuje się bezpośrednio we własnych palcach branie ryby. Zwiększają się emocje i z pewnością wydzielanie adrenaliny jest większe jak przy drgającej szczytówce.

Myślę, że metoda ta jest warta wypróbowania. Zdaję sobie sprawę, iż sposób ten z pewnością zna trochę wędkarzy. Jeżeli odkryłem ją jako młodzieniec, to również na pewno znają ją i inni. Metoda "na czuja" daje zdecydowanie większy kontakt z przynętą i rybą. Trzymanie w ręku żyłki wymaga cierpliwości, wyczucia i koncentracji, oraz nieco wprawy, ale daje dużą przyjemność i sporo zadowolenia. Trudno opisać to podniecenie, w momencie gdy w palcach wyczuwa się skubanie przynęty przez ryby. To zupełnie tak jakby jadły z ręki. Warto spróbować. Kto raz zakosztuje tej metody, będzie do niej wracał. Jest w tym coś magicznego, co kusi i przyciąga pomimo, iż obecnie zawsze można sięgnąć po pickerka. A może to tylko sentyment do lat młodości?

Życzę udanych połowów taaakich ryb "na czuja".

Bolesław "Wędkoholik" Michalski