Lokomotywa
Wielki Karp
Dzień 16 lipca zapamiętam na całe życie. Przeżyłem wspaniałe chwile. Była radość, emocje, szczęście, nadzieja i ból. Parę chwil, które pamięta się na zawsze. Przygoda, dla jakiej warto poświęcić się w całości wędkarstwu na długie lata, na jaką czeka się latami.
Wybraliśmy się z Wędkoholikiem na dwudniową karpiową zasiadkę. Z Warszawy wyjeżdżamy we wtorek przed południem. Droga mija bardzo przyjemnie, już na miejscu odwiedzamy jeszcze bar i wypijamy po piwku za przyszłe efekty wędkowania. Około godziny 15 jesteśmy na pomoście. Wędkoholik ustawia bojkę, która oznacza miejsce nęcenia i wywożenia zestawów. Bojka stoi, a my szykujemy sprzęt. W międzyczasie jakiś bezczelny spinningista, płynący łódką, mimo ostrzeżeń z naszej strony zahacza o bojkę, a ta spływa z wiatrem. Bolek płynie ponownie, ale teraz nie idzie mu już lekko. Wiatr znosi lekką łódeczkę, idzie bardzo ciężko, z brzegu nie wygląda to za dobrze. W końcu bojka stoi.
Woda i jej otoczenie bardzo mi się podoba. Wysokie brzegi, widok na las dochodzący do samej wody, cisza i spokój. Żyć nie umierać, bierzmy się więc do wędkowania.

Tak wygląda Eldorado z wysokiej skarpy
Około godziny 17 nasze zestawy są już w wodzie. Z boku pomostu stawiam jeszcze drugą wędkę. To jest troszkę delikatniejszy sprzęt niż ten do wywózki. Przecież to stamtąd spodziewam się tych większych karpioszków. Za dwadzieścia godzin przekonamy się jak bardzo się myliłem i przez jakie piekło przejdzie ten "delikatniejszy" sprzęt.
Póki co na wywózce nic się nie dzieje. Siedzimy sobie, rozmawiamy na różne tematy i cieszymy się pobytem nad wodą. Mam za to pierwsze branie na wędce z boku pomostu. Podcinam i jest ryba. Wędka ładnie się wygina, ale po chwili czuję luz. Zwijam zestaw i widzę, że nie ma haczyka. Końcówka przyponu wskazuje na to, że urwał, lub rozwiązał się węzeł. Za jakiś czas jest kolejne branie. Bombka zrobiona z jajka-niespodzianki podjeżdża pod kij i ryba odjeżdża w akompaniamencie gwiżdżącej szpuli i wyjącego Videotronica. Łapie za kij, dokręcam hamulec i karp dostaje w nos. Po krótkim holu mam na pomoście mojego pierwszego karpia z Eldorado. Śliczny karpik ma 59 cm długości i zostaje delikatnie wypuszczony do wody. Wziął na trzy ziarenka kukurydzy konserwowej.

Mój pierwszy karpik z Eldorado
I tak mija nam czas do wieczora. Są brania, lecz karpie nie są duże, ot takie od 2,5 do 3,5 kg.

Wieczór na Eldorado
Do północy mam cztery takie, brania były zarówno na kukurydzę bliżej brzegu, jak i z wywózki na słynne kluchy Wędkoholika. Później brania ustają. Bolek zwija swoją wędkę i idzie przespać się w aucie. Ja zostaję na pomoście i czuwam przy wędkach, zjadam posiłek. Przed trzecią ponownie zaczyna się coś dziać. Najpierw odezwał się sygnalizator na wędce z boku pomostu, za kilka minut sytuacja się powtarza, ale szpula nie pojechała. Przerzucam tę wędkę i wracam na fotelik. Za chwilę miałem na tej wędce piękny odjazd, ale po chwili wszystko ustało, nie zdążyłem podbiec do wędki. Jest za to branie na wywiezionej wędce, ale karp jest wielkości tych łowionych wieczorem.
Wędkoholik wychodzi z auta o świcie. Rankiem ani do południa nic specjalnego się nie dzieje. Są sporadyczne brania, wyciągamy podobne ryby jak wczoraj.
Czyż nie jest uroczy?
Planujemy powrót około godziny dwunastej. Jest już po, gdy Bolek proponuje jeszcze pół godzinki, chce posiedzieć, odpocząć. Mówię, że zarzucę sobie jeszcze raz. Nabijam sprężynę zanętą, na haczyk nr 8 zakładam jedno ziarenko kukurydzy. To sprawdzony sposób. Gdy karpie nie biorą, to na pojedyńcze ziarenko zawsze jest szansa coś dostać. Cztery lata temu tak właśnie skusiłem prawie dziesięciokilogramowego. Zestaw leci do wody, kij na elektronikę, hamulec zluzowany.
Siedzę obok Bolka pod parasolem, drugą wędką zwinąłem już wcześniej. Robimy kilka fotek na pamiątkę.
Papieros w chwili należytego odpoczynku
Nagle zawył sygnalizator, bombka staje pod kijem i po sekundzie ryba odjeżdża. Doskakuję do wędki, dokręcam hamulec i podcinam, ryba się zatrzymuje, mam wrażenie, że stoi w kamieniach, ale szczytówka pulsuje. Po chwili odjeżdża z niesamowitą szybkością w jezioro. Dokręcam hamulec o kolejne pozycje, ale szpulka zamiast wolniej obraca się coraz szybciej. Może jechać ile chce, na kołowrotku mam ponad dwieście metrów niezłej żyłki. Bolek stwierdza spokojnie - jest duży. W końcu karp staje, widać, że to nie jest kolejna trójka. Wędkoholik, jak tylko zaciąłem rybę, zwinął swoją wędkę, mam cały pomost by walczyć. Karp pozwolił podciągnąć się dość blisko pomostu i chodzi na lewo i na prawo. Trzyma się dna, muruje. Nie ma mowy, aby spróbować podnieść go wyżej. Robi sobie krótkie wypady na otwartą wodę. Nie czuć żadnych szarpnięć ani zrywów. Tylko cały czas jeden wielki opór. Po jakimś czasie zaczyna boleć mnie nadgarstek, potem już cała ręka. Jedyne co mogę zrobić to trzymać wędkę, karp dyktuje warunki.

Co by tu zrobić?
Mija czas, najpierw pół godziny, potem godzina. Bolek, tylko się uśmiecha. Siedzi jak w teatrze, paląc kolejne papierosy. Dzwoni najpierw do Puzia, potem do Harry'ego i opowiada o wszystkim. Sytuacja nic a nic nie ulega zmianie. Ryba chodzi bardzo ciężko. Czuć, że na wędce jest prawdziwa "lokomotywa". Kolejna godzina walki wygląda podobnie, typowe przyciąganie liny. Karpisko, albo muruje do dna dwa metry od pomostu, albo włazi pod pomost, albo pruje w zatoczkę z prawej strony pomostu. Brzeg zatoczki porastają grążele, są one jednak tylko w najpłytszych miejscach. Wygląda na to, że jest tam dla karpia po prostu za płytko, bo gdy dochodzi do granicy roślinności, to staje. Wtedy mi udaje się odzyskiwać stracone metry żyłki. O pompowaniu nie ma jednak mowy. Cofam się z wędką do tyłu, a potem kręcąc kołowrotkiem, idę w kierunku ryby. Hol tego karpia to po prostu mordęga. W którymś momencie dotknąłem rolki na kabłąku, jest naprawdę ciepła. Co jakiś czas Wędkoholik podaje mi butelkę z wodą, bym mógł zaspokoić pragnienie. Adrenalina tryska uszami.

Karp jest niesamowicie silny.

Próbuję pompować
W końcu karp pokazuje się pod powierzchnią jakieś dziesięć metrów od pomostu. Widać, że coś jest nie tak. Zaczynamy podejrzewać, że nie jest zapięty za pysk. Ten hol może potrwać jeszcze długo. Przez następne dwie godziny wszystko wygląda tak samo - podciągania, odjazdy, dołowanie. Czuję się jakby ktoś postawił mnie z wędką na balkonie, przyczepił dwadzieścia kilo betonu i kazał wciągnąć na dziesiąte piętro.
Po ponad czterech godzinach mój przeciwnik zmienia taktykę. Już nie idzie w przybrzeżne grążele. Zaczyna zasuwać w kierunku pomostu na końcu zatoczki. I w tej chwili mam już dość, czuję, że nie dam rady. Jestem wykończony przez rybę. Nie tyle fizycznie, choć boli mnie cała ręka i kręgosłup. Jestem wykończony psychicznie. Załamuje mnie moja bezsilność, bezradność w walce z wielką rybą. Przekazuję wędkę w ręce Wędkoholika, teraz on spróbuje pokonać karpia. Słyszę jak czule mówi do niego, nazywa misiaczkiem. Robi mi się głupio przed samym sobą, że w chwilach rozpaczy i zdenerwowania wyzywałem wielkiego karpia od najgorszych. Dobrze, wiemy, że nie ciągniemy karpia za pysk i w normalny sposób nie da rady go wyjąć. Gdyby czekać na zmęczenie ryby, to walka potrwałaby do rana.
Wędkoholikowi udaje się nawrócić uciekającego karpia. Działa na granicy zniszczenia sprzętu. Hamulec w kołowrotku już nie istnieje, przez te cztery godziny miał prawo się zatrzeć, zapiec, spalić na wiór. Liczymy się z tym, że coś jeszcze może nie wytrzymać. Karpia udaje się trzymać na tyle płytko, że widać tylko koniec półmetrowej rurki antysplątaniowej. W międzyczasie zaczyna padać deszcz, grzmieć i błyskać. Za moment z nieba leją się potoki wody. Po chwili jesteśmy cali mokrzy, czuję jak chlupie mi w butach.
Karp już robi kółeczka przy pomoście. Jeśli wytrzyma sprzęt, możemy go dostać. Trzymam podbierak w wodzie, już widzimy karpia. Nie jest spory ani duży. Jest po prostu wielki. Ogromny podbierak Wędkoholika, który można obejrzeć tutej, jest przy nim po prostu mały. Podbierak ma siedemdziesiąt pięć centymetrów szerokości. Gdy karp na chwilkę znalazł się przy nim widać, że jest dużo dłuższy niż podbierak szeroki. Karp ma dobry metr długości. Widzimy też, że haczyk tkwi w pysku ryby, a przypon z plecionki ma zaplątany wokół którejś płetwy piersiowej.
Wtedy właśnie stało się... Zmęczona długim holem żyłka nie wytrzymała już naprężenia. Nie stało się to nawet przy jakimkolwiek szarpnięciu ze strony ryby. Żyłka nie pękła na węźle, widzieliśmy wyraźnie, że pękła powyżej rurki antysplątaniowej. To już jest koniec.
W strugach wody lecących z nieba uciekamy do samochodu, sprzęt zostaje na pomoście. W aucie mówię tylko, że szkoda. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Może gdyby nie lały się na nas te strugi wody, dorwalibyśmy go. Deszcz był sprzymierzeńcem wielkiego karpia.
Jedziemy do hotelu, w jednym z pomieszczeń przebieramy się w suche ciuchy, a potem idziemy do baru napić się gorącej herbaty. Przestaje padać, wracamy na miejsce mojej klęski. Nic nie mówimy, w ciszy pakujemy byle jak graty do samochodu. W domu zrobi się z tym porządek. Biorę do ręki wędkę, na którą ciągnąłem karpia. Żyłka nadaje się do wyrzucenia, jest cała w strzępach i poskręcana.
Wyjeżdżamy do domu około godziny 20. To była piękna wyprawa. Przeżyłem kilka godzin najprawdziwszego szczęścia, choć były momenty, że chciało mi się płakać z bezsilności. Przez cztery i pół godziny ciągnąłem wielką rybę. Gdyby karp nie zaplątał przyponu, to może bym go wyciągnął. Zostały wspaniałe wspomnienia, zapamiętam to do końca życia. Następnego dnia rano gdy się budzę, myślę tylko o tej rybie. Obiektywnie oceniając mógł mieć magiczną dwudziestkę, taki karp może już nigdy nie siąść mi na kiju. Zostają wspomnienia i nadzieja, że może jeszcze kiedyś będzie szansa na wielką rybę.
tekst: Paweł "Anguiler" Daniec
zdjęcia: Wędkoholik i Anguiler
Moje Wrażenia
Całą wyprawę z Anguilerem oceniam jaką jedną z najmilszych w ostatnim czasie. I wcale nie za sprawą tego karpia choć wyobrażacie sobie na pewno jak naprężałem muskuły obserwując walkę. Przede wszystkim z Pawłem świetnie jest nad wodą i czułem się z nim jakbym był z bratem, pomimo dużej różnicy wieku między nami. Wędkarstwo pozwoliło mi poznać TAKIEGO FACETA. Ale dalej nie będę mówił już o przyjacielskich wrażeniach lecz chciałbym zabrać głos na temat połowu tego olbrzyma. Chciałbym przekazać jak ja to wszystko widziałem.
Gdy wziął, nie miałem przekonania co do wielkości. Zanim powietrze przeszył jednostajny pisk, było kilka przerywanych popiskiwań. Podejrzewam, że karp w tym czasie plątał zestaw, a gdy wziął, co nastąpiło dość szybko, był już splątany. Rozpatrując tę sytuację po dwóch dniach na chłodno, podejrzewam, że choć plecionka była bardzo miękka, nie należała do tonących. Karp pływając między sprężyną z zanętą, a ziarnkiem kukurydzy, musiał się właśnie zaplątać w przypon. Przypon był zaplątany w piersiowe płetwy karpia i choć haczyk tkwił z boku karpiowej trąbki w twardym miejscu, hol był za bok ryby.
Uważam, że przede wszystkim zawinił kołowrotek (niestety QUIK). Najpierw nawaliła w nim sprężyna sygnalizująca zadziałanie hamulca. Pocieszałem Pawła, że to nic takiego, bo tylko oznacza brak sygnalizacji. Tak naprawdę modliłem się, żeby resztki złamanej sprężynki nie dostały się w tryby przekładni, lub w blokadę wstecznego biegu.
Jeszcze byłem spokojny o hol i wierzyłem, że to kwestia czasu. Podawałem wodę mineralną do picia Angiemu i dawałem upust emocjom telefonując kolejno do wymienionych i do Krystona. I choć na zewnątrz udawałem bardzo spokojnego, to wewnątrz działy się dantejskie sceny. Zaciskałem zęby, stękałem, prężyłem muskuły i kopciłem, nie paliłem, fajki jeden za drugim. Dobrze, że nie ogryzałem jeszcze paznokci. Czasem próbowałem coś doradzać, ale nie jestem przekonany, czy wobec zachowania się tego misiaczka prosiaczka, w ogóle miało to sens.
Po przekroczeniu trzeciej godziny emocjonującej walki, na pobliskiej skarpie brzegu ustawiła się już niezła widownia, Krzysztof Zaczek przybył na pomost i pytał tylko o rozwój sytuacji i ewentualnie co potrzeba. Ja kolejny raz schładzałem jeziorową wodą rozłożony materacyk dla karpia i próbowałem mu wytłumaczyć, że jest mięciutki i dobrze będzie mu na nim poleżeć.
Ale karp dalej nieustępliwie chodził w tą i z powrotem jak lokomotywa ciężka ogromna niczym w bajce u Tuwima, co to nie dałoby jej rady podnieść i tysiąc atletów, choćby zjedli po tysiąc kotletów. Siedział niczym beton przy dnie i maszerował w tą i z powrotem jakby czekał na błąd przeciwnika. Raz nawet podszedł do powierzchni, zasapał na wodzie, przewalił się i pokazał ogromne brzuszysko oraz płetwy wielkości rozwartej dłoni jak wachlarze. Myślałem wtedy, że może wreszcie ustąpi, może się wreszcie podda. Ale on znów swoje.
Gdy po ponad czterech godzinach przeciągania liny po prostu odjechał pod pomost po przeciwnej stronie zatoczki, z tak dziecinną łatwością jakby to były pierwsze minuty walki, zwątpiłem. Paweł się załamał. Najpierw zaczął krzyczeć, że skurkowany idzie wprost na te belki pomostu i to już koniec, a następnie całkiem załamany karze mi wziąć wędę i coś zrobić.
A cóż ja mogłem poradzić na tą szaloną lokomotywę, która poczęła szukać innej niż dotąd drogi ratunku. Toć to rozjuszona bestia walcząca w jej mniemaniu o życie, a bynajmniej nie o pielęgnacyjne zabiegi ważenia i mierzenia podczas leżakowania na karpiowym materacyku. Rad nie rad przejmuję wędzisko od kolegi i czuję, że karp wyciąga żyłkę z dziecinną łatwością i lekkością jakby to była 16. Dokręcam raz drugi i nic. Pomału dokręcam jeszcze mocniej i czuję jak w pewnym momencie opór rośnie i zaraz pęknie żyłka, ale na szczęście karp się zatrzymał, a ja odpuściłem lekko hamulec.
Zrozumiałem, że jest całkowicie zgotowany i muszę za wszelką cenę znaleźć jakieś antidotum, bo w przeciwnym razie karp będzie szalał po jeziorze bez końca. Postanawiam moje ramie zamienić na elastyczny amortyzator i przedłużenie wędki, czy jak kto chce zastąpić reakcje hamulca. Palcem cały czas kontroluję żyłkę, czy nie jest za mocno napięta i jak się okazało znalazłem lekarstwo na szaleństwa ryby.
Teraz pompuję go, by nie wlazł pod ten odległy pomost i przemawiam doń - choć misiaczku do mamusi. Karp zawrócił i to był pierwszy moment, kiedy karp posłuchał naszych próśb. Już po około 10 minutach karp zawęża pole działań do okręgu o średnicy około siedmiu metrów, a następnie tańczy w jeszcze mniejszym kręgu dając się chwilami unosić ku powierzchni, w odległości na tyle małej od nas, że jest to w zasięgu podbieraka. Podbierak wygląda przy nim jak akwarystyczna siateczka. Karp cały czas jest jednak zbyt głęboko by można było zaryzykować podebranie. Raz nawet pokazał swą głowę, ogromną i okrągłą bez bocznych spłaszczeń, wyglądającą jak olbrzymi sagan. On ma dwudziestkę jak w drut - przeszło mi przez myśl. To robi wrażenie. Po głowie tylko chodzi - Czy się uda? Żeby tylko nic nie schrzanić... Widać haczyk, rurkę i ogromniaste cielsko ryby, ale nie można jeszcze wyłożyć ryby na powierzchnię wody.
Z resztą o jakiej powierzchni my mówimy. Woda z chmur wali takimi strumieniami, że trudno odróżnić lustro jeziora od reszty, czy jak to określić od powietrza. Po prostu jezioro wokół wygląda jak jedna wielka gotująca się kipiel, a strugi wody utrudniają oddychanie.
Gdy po około dwudziestu razach próby takiego podciągania do powierzchni krążącej w kółko ryby odpuszczam, by za chwilę znów podjąć próbę, pęka żyłka jak próchno choć była taka solidna markowa. Natychmiast skręca się w same powrozy. Staje się jasne, że choć nawalił hamulec kołowrotka, to ryba wygrała skręcając żyłkę ponad możliwości zachowania jej cech pierwotnych. Żyłka nie wytrzymała takiego odkształcenia na skręcanie i uległa uszkodzeniu. Trzeba wyciągnąć wnioski, a pierwszy jest taki - nie da się łowić karpi na Eldorado delikatnym sprzętem (kołowrotek w tym przypadku), tu każdy element musi być odporny do granic możliwości produkcyjnych, bo nigdy nie wiadomo jakim misiaczkiem obdaruje nas ta woda.

skręcona żyłka na szpuli
Myślę, że Anguiler nie poniósł klęski. To była znakomita walka dwóch godnych siebie przeciwników, a pękła lina do przeciągania. Paweł zapewniam Cię, że następnym razem zwyciężysz. Nadejdzie ta chwila, że z pietyzmem zaopiekujesz się taką rybą na materacyku, czego szczerze Ci życzę.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski