Co karpiom smakowało
Jest
czwartek około południa. Wpadam do sklepu po fajki. Spotykam Andrzeja i zaczynamy
rozmowę. A ty na rybki - pyta? Po chwili dodaje - cholera, że też muszę w tym
kiosku pracować po południu. Gdy dowiaduje się, że jadę na karpie, powoli coraz
bardziej nabiera ochoty. A o której wyjeżdżasz i na jak długo - znów pyta. Poinformowałem
Go, iż wyjazd planuję na godzinę 14, a powrót w piątek na południe. O teraz to
widzę, jak cały chodzi. Już na poważnie myśli by Go ktoś w tym kiosku zastąpił.
Rozchodzimy się, a po chwili mam telefon od Andrzeja, że będzie gotów na ustaloną
godzinę do drogi.
Z Warszawy wyjeżdżamy
planowo i po południu lądujemy nad jeziorem. Wodujemy łódkę i ja bawię się w poszukiwanie
karpiowej górki. Nawet sprawnie mi to poszło i już mamy bojkę oznaczającą sam
szczyt podwodnego wzniesienia. Teraz bierzemy się za szykowanie sprzętu. W końcu
jesteśmy rozstawieni i łowisko mamy zanęcone. Już po paru minutach widać było
gołym okiem, bez lornetki, że w miejscu nęcenia spławiają się karpie. Nie są to
jakieś wielkoludy, ale ich obecność w łowisku świadczy o tym, że stół został zastawiony
prawidłowo. Wywozimy zestawy i czekamy na pierwsze brania.
Na
razie była piękna pogoda, choć spiekota dokuczała. Na nią, jak wiadomo, dobre
jest chłodne piwko. Wyjmujemy więc po browarku z lodówki i rozkoszujemy się jego
zbawiennym działaniem w oczekiwaniu na pierwsze brania. Ale nie wiadomo skąd pojawiły
się chmury. W końcu zaczął padać deszcz. Przy końcu jeziora widać zbierających
się do odwrotu wędkarzy. Po chwili przejeżdżają obok naszego stanowiska i słyszymy
- Cześć Bolek. Przejechali tak szybko z wędkami wystającymi poza okna, że nawet
nie zdążyłem zorientować się, kto to był, ale na 99% to ktoś z użytkowników WCWI.
W
końcu przestaje padać i Andrzej ma dwa kolejne brania. Niestety w obu przypadkach
karpie rwą żyłkę o kamienie na dnie. Omawiamy sytuację i jak się później okaże
wnioski zostają wyciągnięte prawidłowo. Z kolei teraz karpie podeszły do wystawionego
przeze mnie talerza i kolejno ląduję dwa karpiki (3 i 2kg)
Nastąpiły
w końcu ciemności i jakość ustały brania. Na całej tafli akwenu nie widać oznak
żerowania ryb. Tłumaczymy to nagłym załamaniem pogody. Czyżbyśmy mieli nie mieć
brań do rana. Powoli zaczyna się przecierać niebo i widać pierwsze gwiazdy. Niemal
nad głowami widzimy migoczące światełka przelatującego wysoko samolotu. Dochodzi
pierwsza w nocy, gdy nagle słyszymy ciągły, zajadły pisk sygnalizatora. To Twój
- krzyknąłem do Andrzeja, a On jakby z niedowierzaniem najpierw patrzy na podpórkę
i wreszcie zrywa się do wędziska. Podnosi kij i napręża żyłkę. Wędzisko wygina
się i słyszę okrzyk Andrzeja - siedzi - i po chwili dodaje - o qu..a ale ciągnie,
to jest na pewno powyżej pięciu.
Walka
trwa już dobre dziesięć minut, gdy udaje
mu się podciągnąć bliżej brzegu. Ale ryba nadal muruje do dna i nie daje się w
żaden sposób zapompować do góry. Właściwie im bardziej stara się ją podciągnąć
do góry tym bardziej ryba prze do dna. Chodząc przy dnie kreci wyraźne kółeczka.
Co to jest? Zachowaniem przypomina suma. Andrzej zaczyna narzekać na ból ręki.
Podekscytowany pyta - czym żeś przysmaczył to ciasto proteinowe. Coraz bardziej
nabieramy przekonania, że to sum się połakomił na zapach owoców morza. Ale w końcu
ryba słabnie i podchodzi do powierzchni - to całkiem niezły karp. Gdy widzi światło
latarki znów dołuje i tak powtarza swój manewr trzykrotnie. W końcu zachłystuje
się świeżym powietrzem i daje się naprowadzić nad przepastny kosz podbieraka.
Jest już w siatce.
Wyjmujemy na pomost
i odhaczamy. Robimy w ciemności fotkę rybie. Od razu widać, że dychy to nie ma,
ale dobrze ponad osiem. Moja mała waga nie wystarczy. Odczepiamy rękojeść podbieraka.
Andrzej trzymając za obręcz pławi w wodzie rybę, a ja poleciałem przygotować skrzynię
bagażową do transportu. Teraz biegiem do samochodu i jak najszybciej do portierni.
Waga pokazuje 8,96kg.
Powtórny
załadunek karpia i zjazd do najbliższego pomostu. Tam zastajemy wędkarzy, którzy
właśnie złapali karpia 5,20kg. Wypuszczamy naszego prosiaczka. Odpływa majestatycznie,
nabierając z każdym ruchem prędkości. Za chwilę znika w odmętach ciemności. Teraz
zamieniamy kilka zdań z tymi napotkanymi wędkarzami. Oni też są zadowoleni. Wracamy
na swoje stanowisko. Do rana mam jeszcze jedno branie i wyholowuję kolejną trójkę.
Dopiero
o wschodzie słońca zaczyna się koncert brań. Kolejno ciągniemy ryby. Andrzej wyciąga
dwu kilowego pełnołuskiego i tak mu się podoba jego połysk łusek i ładnie ubarwione
płetewki, że nawet nie zważa, iż karp niefortunnie zahaczony w ukrwione miejsce
pluje na czerwono. Każe koniecznie zrobić sobie z tym karpiem fotkę.
W
końcu mnie udaje się zahaczyć całkiem przyzwoitego japońca, który nie wiedzieć
jak i dlaczego przysiadł się do karpiowego stołu by wspólnie po śniadać. Ma kilogram,
ale w karpiowej siatce podbieraka znika całkiem i muszę go przybliżyć w kadrze
do zdjęcia.
Koło
wpół do ósmej najpierw Andrzej ma branie, za chwilę u mnie szaleje sygnalizator.
Gdy walczymy tak na obu końcach pomostu, odzywa się trzeci sygnalizator. Zabrakło
rąk do pracy. Po chwili milknie pisk. Już po wszystkim, ale my nadal ciągniemy
każdy po karpiu. Wkładam swojego do podbieraka i z całym sprzętem melduje się
u kolegi. Właśnie czeka na podebranie. Oba siedzą w jednym koszu. Mają każdy po
trzy kilo. Teraz zdajemy sobie sprawę jak dużym podbierakiem dysponujemy.
Jest
tuż po ósmej, gdy holuję kolejnego zwierza. Niestety zrywa się już dość blisko
pomostu. Oglądamy żyłkę. Jest poharatana o kamienie. Nic dziwnego, że udało mu
się urwać. Nagle jak ręką uciął kończą się brania. O dziewiątej postanawiamy się
zbierać, bo słońce zaczyna dawać się we znaki. Spakować graty na pomoście to połowa
sukcesu. Teraz jeszcze trzeba będzie to wszystko wnieść po skarpie do góry do
samochodu.
W końcu zmęczeni, ale uradowani wspaniałą
wyprawą o godzinie 10 opuszczamy jezioro. Jeszcze tylko Andrzej pyta mnie, bym
opowiedział co to było, że tak smakowało karpiom, bo to zupełnie coś nowego i
od razu zdało egzamin. Jednak nieprzespana noc bierze górę i gdy mu tłumaczę co
przysmaczyłem, zauważam, że on zapadł w głęboki sen. No cóż do rozmowy będziemy
musieli wrócić innym razem.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski