Karasiowe Łowy  

Karaś srebrzysty (japoniec), to jedna z popularniejszych ryb z rodziny karpiowatych. Można ją spotkać w prawie każdym zbiorniku wodnym. Doskonale sobie radzi w rzekach za wyjątkiem szybko płynących potoków górskich. Karaś jest rybą mało wymagającą, doskonale się adoptuje i rozmnaża niczym przysłowiowy królik.

Należy go szukać w płytkich mulistych i zarastających roślinnością zatokach, zalewów i jezior. Populacja karasia stale wzrasta. Zaryzykuje stwierdzenie, iż wyparł on naszego rodzimego karasia złocistego, którego dzisiaj spotyka się rzadko. Japończyk lub bękart, bo z taką nazwą również już się spotkałem, jest rybą atrakcyjną wędkarsko, dającą wiele emocji podczas holu, szczególnie, kiedy mamy do czynienia z dużym osobnikiem. Jest również doskonały pod względem kulinarnym.
Usmażony na oleju lub maśle jest smaczny, a jego mięso ma charakterystyczny słodkawy posmak.


Podany na gorąco, prosto z patelni smakuje lepiej ze schłodzonym piwem.

Dzisiaj opowiem o mojej przygodzie z karasiem, które miało miejsce 17 lipca. No łowisko wybrałem jeden z lepiej zarybionych zalewów w okręgu Chełmskim. Z Tadeuszem (Ted) umówiłem się w ostatniej chwili na dwa dni przed wyjazdem. Na miejsce dotarłem przed godziną siódmą rano, zaraz pomnie przyjechał Tadeusz. Przywitaliśmy się jak starzy znajomi, bowiem jest to już nasze kolejne spotkanie na rybach. Tadeusz przywiózł swoim Lublinem łódkę, na której razem mieliśmy spędzić resztę dnia. Zrezygnowaliśmy z łowienia z brzegu.

Po zwodowaniu „Titanica” zajęliśmy się rozkładaniem wędek oraz przygotowaniem zanęty.

W tym czasie Tadeusz mocuje silnik elektryczny do łódki. Sprawnie mu idzie, pomimo gipsu na nodze (złamanie w kostce).

Po kilku minutach płyniemy w kierunku kępy rdestnicy w poszukiwaniu karasi. Jeszcze będąc na brzegu rozmawiamy z wędkarzem, który spędził całą noc na łódce, a ostatnie jego zdanie brzmiało: „wolałbym tę noc przespać w swoim łóżku”. Po tych słowach nasze miny nie wyglądały najlepiej

Ale mnie się marzył karaś z patelni? Cóż, grunt to się nie poddawać, próbować trzeba zresztą z taką zanętą i dodatkami? Pierwsze kule lądują w wodzie. Po zarzuceniu spławików rozmawiamy na różne tematy, niekoniecznie wędkarskie. Przez chwilę nic się nie dzieje, czyżby ten wędkarz miał rację?
Chyba nie do końca. Mój spławik lekko się zanurzył. Zacinam i czuję opór po drugiej stronie.

Tak to wziął karaś, nieduży, tylko, dlaczego jest taki pokaleczony? Czy chwycił go szczupak? Czy może ucierpiał podczas tarła? A może to jakaś choroba?


Tadzio łowi okonki, karasie nie wchodzą mu na haczyk

Z pod tej kępy mam jeszcze kilka karasi, brania ustają, zmieniamy miejsce. Tadeusz opływa kępę rdestnicy, może z drugiej strony będzie lepiej, ale i tu po zanęceniu nie ma karasi. Za to Tadziowi siadają na haczyku okonie, które po odhaczeniu wracają do wody. Po raz kolejny zmieniamy łowisko, tym razem, Ted kieruje łódkę na swoją starą miejscówkę.

Po drodze wspólnie dochodzimy do wniosku, że zanęta dzisiaj jest mało skuteczna. Będziemy próbowali łowić bez wstępnego nęcenia, na macanego. Czasami takie łowienie w tym okresie lata i przy takiej temperaturze powietrza i wody przynosi pożądane efekty, trzeba tylko spróbować.

Słońce już dobrze wstało i pali niemiłosiernie, czuje pieczenie na karku i przedramionach.
Nie chcę się opalać, nie znoszę swędzenia skóry. Odwracam czapkę żeby daszek dał cień mojej szyi. Tadeusz informuje mnie, że jesteśmy na miejscu. Kotwiczymy „Titanica”. Po prawej stronie mamy rzadką, starą trzcinę, a właściwie jej pozostałości, natomiast po drugiej kępę rdestnicy. Rdestnica opanowała ten akwen, grążeli jak na lekarstwo - szkoda.

Łowimy w starych trzcinach, są brania, ale sporadyczne. Odwracam się na drugą stronę i zarzucam spławik pod kępę rdestnicy. I tu są brania!. Tadeusz idzie w moje ślady.


Teraz łowimy jak na jakimś filmie.


Brania są zdecydowane i częste. Nareszcie jest zabawa.

Do siatki trafiają ładne karasie patelniaki.




Nie było mniejszego od rozmiaru zegarkowego



Duży karaś jest silną rybą i podczas holu podnosi adrenalinę. Czas pomiędzy kolejnymi braniami wypełniamy rozmową o wspólnych kolegach, z WCWI, o ewentualnym najeździe Argrabiego na Lubelszczyznę...


Po wędkowaniu w tym barku wypijemy po „małej czarnej”

O godzinie 16. postanawiamy zakończyć łowy, bowiem obaj nie jesteśmy w pełni sił, a słońce dało nam się we znaki. Czujemy zmęczenie, każdy na swój sposób. Wracamy do brzegu.


Nie było źle, będzie z tego obiad i kolacja

Nasze spotkanie kończymy w barze przy kawie. Rozważamy kolejne wspólne wędkowanie, być może na tym łowisku tylko pogoda musi się zmienić, jest za gorąco no i Tadeusz musi się wykurować ja zresztą też.

S3awomir "Puzio" Ba3ka