Finezja,
czy przesada
Coraz częściej słyszy się o niesamowicie delikatnych zestawach, niemal graniczących z możliwością złowienia ryby, na którą się nastawiamy. Jedni mówią, że to jest ekscytujące i prawdziwe wędkarstwo, a drudzy twierdzą, że to przesada nie mająca uzasadnienia. Kto ma rację? Rozsądźcie sami.
Ja zamieszczam tu swój punkt widzenia i jednocześnie spróbuję go uzasadnić. Nie czepiam się konkretnych osób, a jedynie toku myślenia i wyciąganych, moim zdaniem błędnych wniosków.
Najpierw postaram się wytrącić zwolennikom nadmiernej finezji, argument, że chodzą na ryby, a nie po ryby. Zakładam, że rozważamy sytuację złowienia ryby nie będącej pod ochroną w momencie połowu. Otóż, co zrobimy ze złowionymi rybami zależy od nas samych. Możemy schować je jak leci do wora, lub dać buki i puścić do wody, jak również możemy zadowolić się zabraniem części połowu, a uwolnieniem pozostałych. I nie zależy to od tego jakim sprzętem łowimy, a od naszego podejścia do złowionej rybki i decyzji w danej sytuacji. Mięsiarzem może być zarówno wędkujący na delikatny sprzęt jak i ten łowiący drągiem z grubaśną żyłką i hakiem na rekiny. Finezja sprzętu nie wyklucza miesiarstwa.
Druga kwestia, to co nazywamy drągiem, a co delikatnym sprzętem. Można podejść do tematu w sposób skrótowy. Pickerek do 20g wyrzutu to delikatny sprzęcik, a karpiówa choćby 1,75lbs, to drąg. A co wtedy powiemy na wędzisko morskie na marliny? Otóż ja uważam, że zanim powiemy co jest drągiem, a co nim nie jest, należy rozważyć technikę połowu, co chcemy zapolować, jak również brać pod uwagę warunki połowowe. Tak, więc nie należy się prześmiewać z tych co łowią na ciężkim sprzęcie na grunt, bo najprawdopodobniej nie oczekują oni brania płotki, a czekają np. na branie niezłego suma. Również w odwrotną stronę nie uważam, aby były powody do prześmieszek ze strony tych sumowych grunciarzy w stosunku do pickerowców łowiących płotki, krąpiki, czy karaski.
Nawet próbując łowić ten sam gatunek ryby, ale inną techniką zastosowanie będą miały dwa zupełnie inne wędziska. Do połowów powierzchniowych karpia użyłbym wędziska 1,5lbs, do metody spławikowej rozrzut zwiększyłbym na wędziska od 1,5 przez te 1,75, do nawet 2lbs. Wszystko zależy od tego jakiego użyjemy zestawu spławikowego. Może to być delikatny zestaw z kolcem jeżozwierza czy 2g spławikiem, a równie dobrze zestaw do dalekiego wyrzutu na głębokiej wodzie mogący przekraczać 30g. Zestaw gruntowy do bardzo dalekich wyrzutów sięga nawet cw. powyżej 100g. I jak tu mówić co jest drągiem, czy nim nie jest nie rozpatrując uwarunkowań połowowych.
Tak więc traktowanie prowincjonalnych wędkarzy jako nieoczytanych ciemniaków, nie mających pojęcia o nowoczesnym wędkarstwie, to delikatnie mówiąc chamstwo i zarozumiałość. I kompletnie nie mogę zrozumieć takiego rozumowania pickerowców w stosunku do grunciarzy polujących na grubego zwierza ciężkimi wędkami. Mogę tylko powiedzieć, że zanim ktokolwiek z tych światłych prześmiewców słyszał o D.S., to Ci ciemniacy już od dawna znali tę technikę. Tylko tyle, że nie za czasów wspaniałych włókien szklanych, czy węglowych, które zrewolucjonizowały tą technikę. Dawno temu poławiano na drgającą szczytówkę przy użyciu struganych patyczków, albo drutu miedzianego. Inni zastępowali to czuciem w palcach. Ci prowincjonalni ciemniacy niejednokrotnie lepiej potrafią czytać wodę, od tych zadufanych w sobie super technicznie rozwiniętych deesowców. Nie chcę tu nikogo obrażać, a tylko pragnę zwrócić uwagę, że zanim zaczniemy się wzajemnie wyśmiewać, lepiej spójrzmy na siebie i swoje możliwości i umiejętności.
Myślę, że przypowieść o źdźbłu i belce w oku ma tu uzasadnione miejsce do przypomnienia.
No a teraz przejdę do następnej myśli dotyczącej uzasadnienia zastosowania finezji w zależności od okoliczności połowowych. Chodzi o to, czy uzasadnione jest dążenie do stosowania jak najdelikatniejszych zestawów przy połowie konkretnych gatunków ryb. Oczywiście niespodzianki zawsze mogą się zdarzyć, że polując na zwykłe patelniowe płotki, woda obdarzy nas dużym linem, ale to są wyjątkowe sytuacje, a ja chcę mówić o zasadniczym podejściu. Uważam, że polowanie na 2 - 3kg leszcze w prądzie, czy ponad 3kg karpie na żyłkę 0,10, czy 0,12, to nie jest dawanie rybie równych szans. Jak to ktoś ujął, przypomina to wtedy przeciąganie liny. Ale czy tylko? Otóż nie.
Wydłużająca się walka ryby, powoduje długotrwały strach i stres oraz nadmierny wysiłek. Te powodują wyzwalanie się coraz większych ilości hormonów, powodujących przyspieszenie przemiany energii i przyspieszenia krążenia. Jednocześnie zwiększają siłę walki przez uruchomienie dodatkowych ilości włókien mięśniowych, co wiąże się ze zwiększonym zapotrzebowaniem na tlen i ilością produktów spalania koniecznych do usunięcia. Przedłużająca się walka prowadzi do przeforsowania układu krążenia, niewydolności tego układu i w konsekwencji zalegania kwasów organicznych w mięśniach. Zarówno przeciążenie układu krążenia, jak i zakwaszenie mięśni prowadzi w prostej drodze do śmierci ryby. Takie uwolnione ryby jeśli nie od razu, to po kilku godzinach sną.
A co się dzieje z rybą, która po uciążliwej półgodzinnej walce wywlecze żyłkę z kołowrotka i ją zerwie. Z reguły zerwie ją na węźle przy szpuli. Dlaczego? Bo to najsłabszy punkt. Węzeł ten jest wiązany nie pod kątem wytrzymałości, tylko zamocowania i zaciśnięcia się żyłki na szpuli by nawinąć ją na nią. Nie mamy dostępu i nie widzimy czy żyłka się łamie spłaszcza i inaczej jeszcze ulega uszkodzeniu przy węźle. Potem ryba ciągnie za sobą 150, czy 200m. linki, co i raz musi walczyć z zaplątaną o krzaki lub o inną przeszkodę. Im krótsza się robi linka tym trudniejsza staje się do zerwania i tym dłużej ryba musi walczyć. W końcu słabnie i wypompowana kończy żywot.
Nie jestem ichtiologiem, więc nie będę opisanych zjawisk tłumaczył od strony naukowej. Zaznaczam problem i następstwa powstałe wskutek długotrwałej walki ryby o życie, jak i konsekwencje wynikające ze stosowania zbyt wydelikaconego sprzętu. To nie jest wyrównanie szans, a w dużej ilości przypadków skazanie ryb na pewną śmierć.
Czy tego chcemy? Chyba nie. Czy tak mają wyglądać te równe szanse? Chyba nie. Ci, którzy dostosowują swój sprzęt do warunków połowowych, mogą zapytać zwolenników nadmiernej finezji - czy oto chodzi, by przy każdym holu dostać jak najdłuższego kopa adrenaliny, czy może oto, by zaspokoić niezdrowe, niespełnione żądze pokazania się jakim jestem wspaniałym i dobry, doświadczony wędkarz, że na 0,10 potrafię wyciągnąć ponad trzy kilowego karpia. Ode mnie nie otrzymają za taki wyczyn uznania. Ja hołduje zasadzie, że wszystko musi mieć swój umiar i być wyważone. Wyznaję zasadę, iż każdy zestaw musi być nie tylko dopasowany do metody połowu, ale i do przeciwnika, na którego polujemy by nie skazywać go od razu na niechybną śmierć.
Bolesław "Wędkoholik" Michalski