Bużysko Starosiele
O rzece poniżej Dorohuska, na południe, w kierunku Dubienki, Starosiela i Skryhiczyna od dawna słyszałem różne opowieści. Legendą obrosły bużyska, rozległe, zamknięte, porzucone przez rzekę stare koryta, w których ryby dorastają podobno do gigantycznych rozmiarów. Więc trzeba było ugasić pragnienie przygody i przepłynąć oraz przejść z wędką trochę kilometrów tym dziwnym wybrzeżem, doliną wielkiej rzeki.
Ruszamy na ogromne starorzecze, do którego dojazd nie stanowi problemu. W Starosielu, jadąc od strony Dubienki, trzeba skręcić za stanicą harcerską w lewo i po kilkuset metrach polnej drogi jesteśmy na miejscu. Nie ma problemu ze zwodowaniem łodzi. Brzeg jest łagodny i piaszczysty. Jest ciepło, ale pochmurno. Na kładce amatorzy paprochów, co chwilę zacinają piękne okonie. Spływamy na południe. Bużysko jest wąskie, rzuty spinningiem prostopadle w kierunku brzegu nie mają sensu. Echosonda zaczyna pokazywać pojedyncze ryby stojące tuż przy dnie, ale obławianie wzdłuż grążeli i głównego koryta nie przynosi efektów.
Krajobraz jest zadziwiający. Brzeg zachodni porastają ogromne trzciny. Co jakiś czas widać traperskie ścieżki wydeptane do samego brzegu, ale roślinność jest tak gęsta i wysoka, że wędkarzy prawie nie widać. Dopiero kołyszące się na wodzie czerwone antenki spławików uprzedzają, że nie jesteśmy tu sami.
Spływamy dalej. Przed nami na środku wody widać postawioną żywcówkę, po chwili wyjście dużego szczupaka. Wędkarz wychyla się z dżungli trzcin i ląduje go w podbieraku.
- Jak sukcesy? - pytam.
- Eee, tam - odpowiada standardowo tubylec - słabo dzisiaj bierze.
Wschodni brzeg jest prawie niedostępny. Porośnięty łozami i wszelkiej maści krzakami, w wodzie mnóstwo grążeli i trzcin. Ale czasem widać wymoszczone stanowiska z wbitymi podpórkami, ławeczkami z drągów i ślady ognisk, a nawet jakieś prowizoryczne legowiska.
- Tu jest karp, sum, karaś, lin, właściwie wszystko - mówi Sławek Bałka, który przepłynął to bużysko nie jeden raz, bo z Chełma ma przecież do tej wody „żabi skok”.
Wpływamy w rozległy zakręt i echosonda pokazuje przy dnie coraz więcej pojedynczych dużych ryb. Od czasu do czasu sygnalizuje skupiska białorybu. Przemykamy pomiędzy zwalonymi drzewami. Z wody ledwie sterczą zatopione pnie, łodygi grzybienia, grążela; rzęsa utrudnia obserwację zawad. Długi łuk zakrętu był obiecujący, ale na obietnicy poranka się skończyło.

Wreszcie wypływamy na bardziej otwartą wodę.
- Jest! - mówi Sławek i widzę pięknie wygięte wędzisko.
Szybko wybieram swój zestaw, bo ryba ucieka po łuku. Nagle plecionka zaczyna wynurzać się z wody i już wiem, że szczupak szykuje się do wyskoku. Robi świecę, tańczy na ogonie z rozwartym pyskiem i rozchylonymi skrzelami
zdaje się mówić: nie!, nie!, nie! I zapada cisza. Stara sztuczka znowu się udała. Piękny był, duży, z żółtym brzuchem i ciemnozielonym grzbietem.
- Co to było? - Sławek pyta retorycznie, nieco zdziwiony szybkością akcji.
- Szczupak - odpowiadam bez cienia złośliwości.
Dryfujemy popychani lekkim wiatrem. Kolejne rzuty.
- Jest! - słyszę znowu.
Tym razem ryba wypina się w wodzie. Perłowe kopyto jest całe, ale hak mocno wygięty. Dopływamy do końca starorzecza. W wodzie odbija się ciemna ściana lasu. Mnóstwo zwalonych drzew. Pod taflą stare pnie bieleją niczym kości matuzalemów. Echosonda cały czas sygnalizuje duże ryby przy dnie. Przepłynęliśmy jakieś dwa kilometry i ruszamy z powrotem. Sławek zapina jeszcze jednego szczupaka, podprowadza go do łodzi. Hak pewnie wystaje z górnej szczęki. Jest nasz.
- Weź spinning, zrobię zdjęcie.
Szczupak z łbem tuż nad powierzchnią patrzy na nas bardzo złym wzrokiem. Nagle nurkuje pionowo i zostawia nas z dyndającą nad taflą gumą.

Nie mam pytań. Zaczyna siąpić deszcz. Po drodze mijamy dwóch wędkarzy na żywcowej zasiadce. Odpowiadają jak zwykle - słabo! Ale siatki mają zanurzone w wodzie.

Spory wir sygnalizuje ucieczkę dużej ryby w przybrzeżne grążele. Echosonda piszczy od czasu do czasu. Bardzo głośno.
My też piszczymy. Bardzo cicho!
Mała, wielka rzeka
Rzekę pod Skryhiczynem zobaczyłem z wysokiego klifu. Zjazd z szosy jest wyraźnie widoczny i po niewielkim odcinku wertepów można samochodem poruszać się niemal wzdłuż brzegu. W porywach Bug ma tu szerokość może piętnastu metrów. Dla tych, którzy znają tę rzekę płynącą rozlegle przez Podlasie ten polsko-ukraiński odcinek wydaje się fragmentami raczej rzeczką. I to jest pierwsze zaskoczenie. Drugie to dzikość krajobrazu.
Niektóre klify są pionowe i nie ma jak zejść do wody. Rzeka meandruje, niekiedy tworząc rozlane zakręty, z ogromną ilością zatopionych drzew, powalonych pni i spiętrzeń z gałęzi naniesionych przez wiosenną, wysoką falę. Ukraińska strona ma więcej brzegu płaskiego, bardziej dostępnego, ale niekiedy drzewa rosnące nad samymi skarpami, odsłaniając swoje wypłukane korzenie, sprowadzają wizję mangrowych gąszczy strefy tropików, tym bardziej, że nie widać tam śladu człowieka. Tylko tropy zwierząt prowadzą do wody.
Znajduję fantastyczne miejsce z widokiem na długi zakręt, gdzie rzeka jest nieco bardziej rozlana, w słońcu skrzy się, mruga do mnie, namawia. No, po prostu wymarzone wędkarskie popołudnie. Więc pierwszy rzut, nie za długi, bo inaczej przynęta zaraz ląduje w obcym państwie. Ściągam. Targnięcie! Mocne i tępe! Zaczep. Nie do wyjęcia. Drugi rzut już w inne miejsce. To samo. Pękająca plecionka wydaje cudowny, delikatny świst, tak jakby przeleciał obok pocisk.
Sławek zalicza identyczny scenariusz. Jakieś licho?
Ruszam dalej. Druhowie wyprawy rozpierzchli się w poszukiwaniu dogodnych zejść. A tych nie ma tu za wiele. I właśnie, dlatego rzeka jest na niektórych odcinkach, zupełnie niespenetrowana. Od czasu do czasu widać gwałtowne wyjścia boleni lub wir na cofce. Drzewa pochylone na rzeką bronią dostępu. Znajdujemy szeroki, łagodny zakręt z płaskim dojściem. Po ukraińskiej stronie wysoki i dziki klif. Masa powalonych i zatopionych drzew.
- Na samym łuku jest głębia, co najmniej ośmiu metrów - mówi Sławek i rzuca tam spinningiem. Przynęta długo opada. Z prawej i lewej strony jest znacznie płycej. Zdegustowany kompan zalicza zaczep, a zaraz potem rzuca w to samo miejsce i robi się jeszcze bardziej zdegustowany. Inny towarzysz wędkowania przelicza długości na odległości albo coś tam przez coś tam i za każdym razem wychodzi zero! To taka magiczna wędkarska cyfra.
Dostrzegam liście płynące w niewielkiej odległości od siebie, ale w przeciwnych kierunkach. Zakłam seledynowe kopyto z czerwonym grzbietem. Po skraju cofki przepływa bezkonfliktowo. Rzucam w cofkę i czuję uderzenie. Szczytówka po dwóch przygięciach prostuje się. Oglądam gumę. Dwa rozcięcia. Poluję na tego sandacza jeszcze przez kilka minut. A potem już tylko bezczynnie przyglądam się harcom boleni.
Liczne podpórki wystrugane z gałęzi wierzby i pozostawione na brzegu świadczą, że miejsce jest odwiedzane przez wyznawców metody gruntowej. Też próbowaliśmy. Z dobrym skutkiem. Piękne leszcze smakowały wybornie.
I znowu dalej. Po drodze, co chwilę przystaję na garść dzikich jeżyn, dźwigam się przy pomocy pnączy chmielu po piaszczystym klifie, zaliczam jeszcze jeden twardy zaczep, odbieram informację, że ktoś złowił szczupaka, że podwyższał sobie poziom adrenaliny skutecznie zapuszczając do wody paprochy. Widzę pod przeciwległym brzegiem wyjście dużej ryby, ale nie reaguje na żadną przynętę. Wszyscy czujemy już kilometry w nogach. Wracamy.
- Opowiedz jak złowiłeś wczoraj tego suma - proszę jednego z kompanów, a on jeszcze raz chętnie znęca się nad nami szczegółową relacja, jak ponadmetrowy wąsacz uderzył na kopyto typu red head i żyłkę 0,20, jak wziął na dwudziestominutowy spacer swojego pogromcę, poddał się i otrzymał w nagrodę wolność.
- Ale zaraz potem tę gumę urwałem- - chwali się.
Nie wiem czy wyczyn ten był wystarczającym powodem, aby z mojego pudła wziąć sobie w prezencie podobną, lecz to było piękne, wędkarskie popołudnie.
Bug meandrował tak dziwnie, że zachodzące słońce zdawało się być na wschodzie.

Janusz "Bulba" Niczyporowicz